Bronisława Jurkowska-Pikulska: wydawało się nam, że wszystko...

    Bronisława Jurkowska-Pikulska: wydawało się nam, że wszystko wolno

    Małgorzata Szlachetka

    Kurier Lubelski

    Aktualizacja:

    Kurier Lubelski

    Poniatowa, spotkanie z Czytelnikami, siedzi dziennikarka Bronisława Około-Kułak (obecnie Jurkowska-Pikulska).
    1/3
    przejdź do galerii

    Poniatowa, spotkanie z Czytelnikami, siedzi dziennikarka Bronisława Około-Kułak (obecnie Jurkowska-Pikulska). ©archiwum Bronisławy Jurkowskiej - Pikulskiej

    - Pamiętam słynne wydanie Kuriera, w którym obok siebie, na jednej stronie, znalazły się trzy artykuły: relacja z wizyty Chruszczowa i jego spotkania z Gomułką oraz teksty „Chuligani wysiadka” i „Zbrodniarz na wysokim stanowisku” - wspomina Bronisława Jurkowska-Pikulska.
    Jak wyglądały początki Kuriera Lubelskiego?
    Do Lublina przyjechałam w lutym 1957 roku. Po tym, jak Leszek Mazurek przyszedł do redakcji Expressu Wieczornego w Warszawie, mówiąc, że szuka dziennikarzy. Zdecydowałam się skorzystać z jego propozycji, bo w Expressie od trzech lat wisiałam bez etatu. Kurier Lubelski miał być popołudniówką, jak Express Wieczorny i zastąpić lubelską mutację Życia Warszawy.

    Powojenny Kurier Lubelski wyszedł na fali październikowej odwilży 1956 roku. Czuliście tę atmosferę?
    Po pierwsze, nam się wydawało, że wszystko wolno. Po drugie, że wszystko jest możliwe. Po trzecie, wszyscy byliśmy bardzo młodzi.
    Miałam 20 lat. Naczelny Lesław Gnot był 28-latkiem i uważaliśmy go za starca. Siedzieliśmy w redakcji do późnej nocy. Wymyślaliśmy teksty wspólnie, a potem zastanawialiśmy się, kto się pod nimi podpisze. Później nasza praca się sformalizowała.

    Na początku nie wszyscy mieliśmy mieszkania w Lublinie. Ja też przez jakiś czas mieszkałam na samej górze redakcyjnego pałacyku przy ulicy 3 Maja (obecnie siedziba Konsulatu Generalnego Ukrainy- dop. red.). To był mały pokoik, w którym połowę miejsca zajmowało wojskowe łóżko. Przypomnę, że Kurier długo zajmował tylko pierwsze piętro, bo na parterze było przedszkole.

    Przyniosła Pani zdjęcia, na których widać pierwszych dziennikarzy i redaktorów Kuriera Lubelskiego. Kim jest mężczyzna wsiadający do helikoptera?
    To dziennikarz Bogdan Lembrych. W przeddzień ukazania się pierwszego numeru, czyli 23 marca 1957 roku, wsiadł do helikoptera, żeby rozrzucić ulotki reklamujące nową gazetę. Maszynę pożyczy-liśmy z WSK Świdnik.

    Wielokrotnie już było powtarzane, że po pierwsze numery Kuriera ustawiały się tłumy.

    Chcieliśmy jak najbardziej odróżniać się od Sztandaru Ludu, który był organem partii. Naszą ambicją było bycie jak popołudniówka sprzed wojny. Mieliśmy mnóstwo drobnych informacji. Pisaliśmy o takich rzeczach, jak oszustwa w handlu, na co Sztandar Ludu nie mógł sobie pozwolić.

    Różnicę było widać również w formie gazety: Sztandar łamał się w poziomie, Kurier w pionie. To był dynamiczny skład, dużo krótkich, jednoszpaltowych informacji. Tekst ułożony w dwie szpalty mógł też przechodzić w jedną, stosowaliśmy różne rodzaje czcionek w jednym tytule. Czuwał nad tym Stefan Piotrowski, to był artysta. Oczywiście z tą innością trochę udawaliśmy, w końcu nas, tak jak wszystkie gazety, obowiązywała cenzura.

    Jakie historie z tym związane szczególnie zapadły Pani w pamięć?
    Pamiętam słynne wydanie gazety, w którym obok siebie, na jednej stronie, znalazły się trzy artykuły: relacja z wizyty Chruszczowa i jego spotkania z Gomułką oraz teksty „Chuligani wysiadka” i „Zbrodniarz na wysokim stanowisku”. Dodam, że przy sprawozdaniu z wizyty było zdjęcie Chruszczowa i Gomułki wysiadających z pociągu. Nikt nie zauważył tego niefortunnego zestawienia: ani w redakcji, ani w drukarni, chociaż cenzor mógł zdjąć materiał także na etapie druku. Później milicja chodziła po mieście i konfiskowała nakład tego wydania. Ocalałe numery chodziły podobno po 200 złotych za egzemplarz. Kozłem ofiarnym w tej historii został nasz kolega Witold Welcz, ówczesny depeszowy, którego wielokrotnie wzywano na przesłuchania i inwigilowano. Myślę, że ta historia w dużej mierze przyczyniła się do jego choroby.

    Pamiętam też inną historię, jak cenzura nie puściła mojego artykułu „Chcemy iść do więzienia”. To była opowieść o bezdomnych, którzy dawali się zamykać za drobne rzeczy, żeby zimą mieć po prostu dach na głową. W tej formie materiał nie mógł pójść, bo przecież w PRL nie istniał problem bezdomności. Tekst ostatecznie został opublikowany po jakimś czasie, ale w zmienionej i dużo krótszej wersji.

    Zdarzały się też zabawne sytuacje. Pewnego dnia poszłam z mężem, Januszem Jurkowskim, również dziennikarzem Kuriera, na kolację do hotelu Europa. Patrzymy, a przy stoliku obok siedzi człowiek i wygraża rewolwerem. Janusz wyciągnął aparat, zrobił zdjęcie, wróciliśmy do redakcji, informacja poszła do drukarni. Następnego dnia redaktor naczelny został wezwany do Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Co się okazało? Facet, który wygrażał bronią, miał organizować wyprowadzenie religii ze szkół.

    Mieliście z tego powodu problemy?
    Zostałam wezwana z mężem na dywanik do komitetu wojewódzkiego. Pamiętam, że musieliśmy czekać w tamtejszej stołówce. Na górę został wezwany Gnot. Wyrok był taki: Janusz ma być zwolniony z pracy, a ja wyrzucona z partii. Redaktor naczelny oczywiście wiedział, że zwolnić Janusza nie może, bo nie ma on etatu oraz że ja nie jestem w partii, więc nie można mnie z niej wyrzucić. Pracowaliśmy dalej.

    Problemem na pewno też było relacjonowanie tego, co działo się w czasie tzw. polskich miesięcy. Zacznijmy od Marca 1968 roku. Odpowiedzią na stłumienie siłą 8 marca 1968 roku manifestacji na Uniwersytecie Warszawskim był wiec zorganizowany w Lublinie przed Chatką Żaka. Odbył się 11 marca. Pamięta go Pani?
    Sekretarzem redakcji był wtedy Włodzimierz Wójcikowski. Poszedł na górę grać w piłkarzyki, mówiąc: „To ja sobie tutaj przeczekam”. Ja wtedy zajmowałam się oświatą i w sumie była to dosyć bezpieczna działka, ale w marcu 1968 roku okazała się działką polityczną. Miałam pójść na manifestację studentów, ale nie chciałam. Powiedziałam, że nie pójdę, bo nie chce mi się później wojować z cenzurą. W końcu temat relacjonowała inna koleżanka, ale tak naprawdę ten tekst powstawał w nocy, w czasie debaty zorganizowanej w Komitecie Wojewódzkim PZPR przy Al. Racławickich (obecnie gmach rektoratu Uniwersytetu Medycznego - dop. red.). Potem była nagonka na Żydów, także na łamach prasy.

    A co można było napisać o strajkach Lubelskiego Lipca?
    W czasie Lubelskiego Lipca zostaliśmy wysłani z fotoreporterem Jankiem Trembeckim na materiał o koloniach dzieci pracowników Fabryki Samochodów Ciężarowych. Pojechaliśmy służbowym samochodem z kierowcą. Oczywiście podtekst był taki: pokażmy jak dzieci doskonale się bawią dzięki państwu ludowemu, gdy w tym czasie ich rodzice niesłusznie strajkują. Jechaliśmy na ten materiał wzdłuż torów, widzieliśmy ludzi idących z walizkami i zatrzymane w polu pociągi, a o tym gazeta nie mogła napisać (po tym, jak zastrajkowała lokomotywownia w Lublinie, stanęły pociągi - dop. red.).

    Czy mieliście wtedy świadomość wyjątkowości tych strajków?
    Tak naprawdę strajki były zawsze. Ja miałam znajomego, który w 1980 roku był robotnikiem w fabryce maszyn rolniczych w Lublinie. Powiedział mi, że właśnie jest u nich strajk, dlatego do zakładu przyszedł pierwszy sekretarz. Komu miałam o tym opowiedzieć? Nie można było o tym myśleć jak o temacie do gazety.

    Gdy został wprowadzony stan wojenny, władze zamknęły redakcję i Kurier Lubelski nie wychodził.
    Pierwsze wiadomości o aresztowaniach ludzi dostaliśmy z komitetu „Solidarności”. Mąż miał 13 grudnia dyżur, więc przy-szliśmy do redakcji, tak samo zrobili inni koledzy i koleżanki. Na korytarzu przy sekretariacie, na krzesełku siedział już ubek, którego znaliśmy, bo był takim „opiekunem” redakcji. Usłyszeliśmy od zastępcy redaktora naczelnego Jerzego Turżańskiego, że redakcja jest zamknięta.

    Kiedy Kurier Lubelski zaczął znowu wychodzić, znalazłam się wśród osób, które zostały wyrzucone. W grupie zwolnionych w stanie wojennym byli redaktorzy funkcyjni, w tym redaktor naczelny. Lesław Gnot już w 1980 roku mówił, że siedzi okrakiem na barykadzie. Drukowaliśmy przecież w Kurierze komunikaty „Solidarności”, myślę, że naczelny wyleciał właśnie za to.

    W styczniu usłyszeliśmy, że gazeta będzie wznowiona, ale nie wszyscy wrócą do pracy. Odwiedziła mnie osoba z redakcji, koleżanka personalnej i powiedziała „nie wrócisz”. Po moim zwolnieniu były osoby, które udawały, że mnie nie znają. Przechodziły na drugą stronę ulicy. I odwrotnie: byli ci, którzy witali mnie z uśmiechem i wyjątkowo wylewnie.

    Dostała Pani zakaz pracy? Jak Pani sobie radziła?
    Przez całe lata 80. nie pracowałam zawodowo, skupiając się na opiece nad teściową i na nielegalnej działalności w „Solidarności”.

    Kiedy wróciła Pani do dziennikarstwa?
    W 1989 roku zaczęłam pracę w Zarządzie Regionu „Solidarności” w legalnym biuletynie, a później w redakcji, dziś już nieistniejącej gazety Dzień.

    Rozmawiała: Małgorzata Szlachetka

    Zachęcamy do przysyłania swoich wspomnień związanych z Kurierem na m.szlachetka@kurierlubelski.pl


    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      O tym się mówi

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama