Śpiewające ikony

    Śpiewające ikony

    SH

    Kurier Lubelski

    Aktualizacja:

    Kurier Lubelski

    Roman Jenenko przyjechał do Polski w 1992 roku dla muzyki. Miał naturę włóczykija. Jeździł po kraju i nauczał oryginalnego śpiewu ukraińskiego. W międzyczasie robił doktorat na Kolegium Polsko-Ukraińskim w Lublinie. Tu poznał przyjaciół, których obdarowywał swoimi, jak je nazywał, "obrazkami". Ani jednego nie sprzedał, a miał ich ponad setkę.
    - Roman postanawiał coś robić i po prostu robił - wspomina go przyjaciel Jan Bernad z "Rozdroży". - Nagle postanowił śpiewać i zaczął śpiewać, co zresztą wychodziło mu wspaniale, bo miał piękny głos. Potem równie nagle zaczął malować.

    Prace, które zrobił, znacznie różnią się od tych, które czerpią z ludowości. I Nikifor, i słynny Zenek z Hajnówki, który malował jej mieszkańcom dzieła sztuki na kaloryferach posługiwali się konkretnym kodem. Jenenko używał ich wiele. Łączy go jednak z tymi twórcami brak przywiązania do finansowego aspektu twórczości i prostota formy. Gdyby zsumować warstwy kulturowe, które pojawiają się na jego obrazach, powstałby istny mętlik.
    Obecne są złocenia, miniaturowe kwiatki i krzyżyki, okręgi kojarzące się z mandalami, inspiracje chrześcijańskie, słowiańskie, obserwacje życia codziennego i mogące stanowić oddzielną całość inskrypcje - tyle kryje się za prostym "obrazkiem", który nieśmiało, na pierwszy rzut oka przywodzi na myśl pokrewieństwo z ruską ikoną.

    Poszczególne elementy zdają się układać w baśń, która przemawia językiem Wschodu, kryje się jednak za nim kosmos wyobrażeń naszych przodków, obecny w pieśniach. Motywy takie, jak: chłopak, dziewczyna, liść, słońce, kwiat, włosy, obecne w tak wielu kulturach, bardzo łatwo przecież przyjąć za własne. Ich powtarzalność jeszcze mocniej się wyraża w często obecnych okręgach. Wciągająca jest także symbolika - te same obrazy komponują się w kolejne figury - drzewo czy kwiat mogą istnieć samodzielnie, a mogą w konstelacji stanowić część ludzkiej twarzy. -Miał w sobie coś z mnicha - mówi o nim Jan Bernad.

    Medytacyjny charakter tych prac trudno przeoczyć. Zwłaszcza że twórca sięga w nich zawsze po formy pierwotne, płynne i okrągłe, co sprawia, że są przesycone spokojem. Chociaż na pierwszy rzut oka łatwo je zakwalifikować jako "bizantyjsko-stylizowane", to przy dłuższym oglądaniu zakwalifikować je coraz trudniej. A towarzyszące im napisy, które uruchamiają myślenie o wygrawerowanych tekstach modlitwy, okazują się być nie tym, na co wyglądają.

    "Dziewczyna chciała wyjść za mąż, ubrała się pięknie, a twarz przykryła liściem", "Kwiat zmienił się w dziewczynę" - trudno rozstrzygnąć, który element przewodzi, a który jest dodatkiem - obraz czy słowo. Metafora, zrozumiała tylko na poziomie intuicyjnym, podobnie jak wiejska pieśń, w prosty sposób obrazuje głęboką prawdę o życiu. Bogactwo muzyki, raz skocznej i szalonej, raz melancholijnej autor oddał za pomocą zdobnych, drobnych, pogmatwanych ornamentów.

    Pogrzeb tragicznie zmarłego w wieku 35 lat artysty odbył się w 2006r. w Kijowie. Ale w Lublinie, w skansenie, miał on swój słowiański żalnik pośród przyjaciół. Jan Bernad pamięta tę uroczystość. - Była wtedy w ludziach potrzeba spotkania. Zjechali się ludzie ze świata. Z Izraela, ze Stanów. Płakaliśmy, śpiewaliśmy i milczeliśmy do rana.

    Wernisaż, Stop! Galeria, Rozdroża, Krakowskie Przedmieście 39, czwartek 2 kwietnia godz. 18

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    O tym się mówi

    Wideo