Spotkania Teatrów Tańca: Dzień kulminacji (RECENZJA,...

    Spotkania Teatrów Tańca: Dzień kulminacji (RECENZJA, PROGRAM)

    Andrzej Z. Kowalczyk

    Kurier Lubelski

    Kurier Lubelski

    Scena ze spektaklu „Dafnis i Chloe”
    1/2
    przejdź do galerii

    Scena ze spektaklu „Dafnis i Chloe” ©materiały prasowe

    Ci z Czytelników naszych festiwalowych recenzji, którzy interesują się również sportem, pamiętają być może, że nad legendarną drużyną Kazimierza Górskiego wisiało coś na kształt „fatum czwartego meczu”. Na igrzyskach w Monachium po trzech zwycięstwach przyszedł remis z Danią, zaś dwa lata później, na mistrzostwach świata, w czwartym spotkaniu biało-czerwoni wprawdzie wymęczyli zwycięstwo nad reprezentacją Szwecji, ale był to ich najsłabszy mecz w całym turnieju. Na tegorocznych Międzynarodowych Spotkaniach Teatrów Tańca było dokładnie na odwrót – czwarty dzień był dniem prawdziwej kulminacji. Każda z trzech wczorajszych prezentacji mogłaby być ozdobą każdego festiwalu tańca.
    Rozpoczęcie tej recenzji od motywu sportowego nie służyło jedynie zbudowaniu opozycji między feralną a udaną czwórką, lecz ma dodatkowe uzasadnienie. Pierwszy z wczorajszych spektakli – „re-mapping the body” szwajcarskiej grupy Cie Linga – został bowiem zrealizowany we współpracy między innymi z Instytutem Nauk Sportowych uniwersytetu w Lozannie. Co oznacza, iż taniec współczesny jest dziedziną sztuki, która nie daje się zamknąć w ściśle określonych ramach gatunkowego getta, lecz stara się penetrować rozmaite obszary i dziedziny ludzkiej aktywności.
    Oczywiście realizacja Katarzyny Gdaniec i Marca Cantaluppo nie jest sportowym wyczynem, lecz znakomitym spektaklem, świetnie wpisującym się w dotychczasową twórczość zespołu, a mówiąc ściślej – twórczo ją rozwijającym. Wszyscy, którzy znają spektakle Lingi prezentowane w poprzednich edycjach Spotkań wiedzą, jak ważne w jej pracy są badania nad ciałem. Nie ulega wątpliwości, że choreografowie i tancerze szwajcarskiej kompanii posiedli w tym zakresie wiedzę dogłębną, z której – co bardzo istotne – potrafią znakomicie korzystać. Dogłębną nie znaczy wszakże absolutną. Postanowili zatem postawić kolejne pytania; zbadać, jak ciało tancerza będzie funkcjonować, gdy zostanie wyposażone w dodatkowy atrybut – dźwięk. W „re-mapping the body” tancerze występują wyposażeni w czujniki, które ich ruchy przekształcają w muzykę, tworząc warstwę dźwiękową spektaklu. Efekt tego jest doprawdy niezwykły. Nie zawaham się powiedzieć, że w tym przedstawieniu rzeczywiście można było usłyszeć ruch i zobaczyć muzykę. A jest jeszcze coś więcej. Spektakle Lingi zawsze należą do kategorii zaskakujących; nigdy nie sposób przewidzieć, co za chwilę wydarzy się na scenie, ale tym razem ów efekt zaskoczenia został zwielokrotniony i wzmocniony. Nie śmiem zgadywać, jakie będą następne realizacje szwajcarskiego zespołu, ale pewien jestem, że znowu będzie to zaskoczeniem. I mam nadzieję, iż na kolejne spotkanie z Lingą nie będę czekać długo.

    Szeroko pojętą sferą dźwięku zajęła się również Anna Haracz w krótkim solo z cyklu „… And We Will Have Danced Together”. Podeszła doń jednak od innej strony. W jej realizacji ciało nie było źródłem dźwięku, lecz jego przekaźnikiem. Przekaźnikiem nadzwyczaj czułym, nastrojonym na jego pełną skalę, łącznie z częstotliwościami znajdującymi się poza granicą słyszalności. Wydawać by się mogło, że bez wsparcia nowoczesnej technologii jest to niemożliwe. A jednak Anna Haracz potrafiła ów efekt osiągnąć. Patrząc na jej taniec odnosiło się wrażenie, że jest on określany nie tylko przez rozbrzmiewającą muzykę, lecz także jakieś dodatkowe brzmienia. Słyszane tylko przez tancerkę, ale w podprogowy sposób przekazywane również publiczności. To dokonanie niezwykłe i równie niezwykłe doznanie, wobec których aparat pojęciowy fizyki i psychologii okazuje się niewystarczający. Sceniczna charyzma Anny Haracz jest tak wielka, że próba jej ogarnięcia oznacza wkroczenie na obszar wręcz metafizyki. Nie ukrywam, iż ta znakomita artystka zdobyła mnie „na własność” już ubiegłorocznym występem na Spotkaniach, a tą drugą realizacją jeszcze to utrwaliła. Bardzo chciałbym oglądać ją jak najczęściej.

    Wreszcie trzeci spektakl – „Dafnis i Chloe” Jeana-Claude’a Gallotty. Realizacja, która jak można wnosić z entuzjastycznej reakcji publiczności była dla niej kulminacją kulminacji. Rozumiem i podzielam ten entuzjazm, aczkolwiek muszę powiedzieć, że dla recenzenta to przedstawienie niezbyt wygodne. „Dafnis i Chloe” bowiem należy do tej niezwykle rzadkiej kategorii spektakli, o których właściwie nie bardzo chce się pisać. Po obejrzeniu go miast chwytać za pióro chciałoby się natychmiast zobaczyć go po raz wtóry i na nowo smakować każdy ze składających się nań elementów: kapitalną choreografię i fantastyczny taniec, inteligencję twórców i ogromne poczucie humoru, dramaturgiczną precyzję i umiejętność budowania klimatu, wreszcie – odrobinę autoironii. Bo wszystkie owe składniki były na poziomie najwyższym. Nie znaczy to jednak, że realizacja Gallotty była spektaklem tylko do oglądania, zwalniającym z myślenia. Przeciwnie – uważam, że jest jednoznaczną odpowiedzią na jedno z kluczowych pytań, jakie postawili organizatorzy tegorocznych Spotkań: Jakie są relacje między tradycją a nowoczesnością? Choreografia Gallotty jest tradycyjna, pozbawiona udziwnień i eksperymentalnych rozwiązań. To klasyka tańca w najlepszym wydaniu. Jednocześnie jednak owa klasyka wygląda tak świeżo, że sprawia wrażenie pełnej awangardowości, przy której modny obecnie i mocno przez niektóre środowiska lansowany taniec konceptualny przypomina pokryty kurzem muzealny zabytek. Wpisuję „Dafnisa i Chloe” do swojej prywatnej kroniki najważniejszych spektakli w całej historii lubelskiego festiwalu.

    PROGRAM NA DZIŚ
    10 listopada – niedziela

    Godz. 18.00 – Chatka Żaka: Balet Teatru Wielkiego w Poznaniu – „Black and White”; bilety – 30/20 zł
    Godz. 19.15 – Wirydarz CK: Witold Jurewicz i goście – „… And We Will Have Danced Together – Score 4”; wstęp wolny
    Godz. 20.00 – Sala Widowiskowa CK: Aerowaves Priority Companies: Alessandro Sciarroni – „Joseph”; Alexander Andriyashkin – „I Will Try”; Public in Private i Clement Layes – „Der grüne Stuhl”; bilety – 30/20 zł

    Czytaj treści premium w Kurierze Lubelskim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    O tym się mówi

    Wideo