Z Henryką Krzywonos-Strycharską, wybraną przez Kongres Kobiet Polskich "Polką dwudziestolecia", rozmawia Dorota Abramowicz
Stała się Pani symbolem kobiety dzielnej i wszechstronnej. Takiej, która walczy o wolność, gdy trzeba, a zarazem potrafi stworzyć dom dla gromadki dzieci. I wreszcie docenionej...
Zacznijmy od tego, że nie czuję się żadnym symbolem. Przyznanie tytułu "Polki dwudziestolecia" było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Dziewczyny, zapraszając mnie na kongres, nawet jednym słowem nie wspomniały, że czeka mnie to wyróżnienie.
Jakie dziewczyny?
Między innymi Jolanta Kwaśniewska, Kazimiera Szczuka... Wróćmy do tego zaskoczenia. Kiedy na scenę wyszła Krystyna Janda i zaczęła czytać laudację, w życiu bym nie pomyślała, że to mnie dotyczy. A potem nagle padło nazwisko Krzywonos. Wchodząc na scenę, robiłam wszystko, by się nie rozpłakać. Stałam naprzeciwko uwielbianej przeze mnie aktorki, która zawsze będzie dla mnie Agnieszką z "Człowieka z marmuru", trzymałam w dłoniach grafikę przedstawiającą tramwaj linii 15, a pięć tysięcy kobiet biło mi brawo. Niesamowite. A ja przecież jestem zwykłą kobietą, taką jak pani i każda inna.
Dziwi się Pani, że ją doceniono?
Oczywiście. Wiem, w którym rzędzie powinnam stać. Przede wszystkim dla mnie nie jest to kwestia ostatnich 20 lat, tylko trzydziestolecia. Zaczęło się w Sierpniu 1980 r. Nie byłam jedyną kobietą. Co z Anną Walentynowicz? Co z nieżyjącą już, bardzo bliską mojemu sercu, Alinką Pieńkowską, zresztą matką chrzestną mojego dziecka? Polska zmieniła się dzięki cichej sile wielu wspaniałych kobiet.
Jeśli jesteśmy tak silne, to dlaczego nie ma nas w radach nadzorczych, na stanowiskach kierowniczych, w polityce?
Nie ma, bo na siebie nie głosujemy. Można to krok po kroku zmieniać, ustalając np. parytet 50 proc. miejsc w parlamencie dla kobiet i tyleż samo dla mężczyzn. Chociaż ja poszłabym jeszcze dalej. W Sali Kongresowej kilku panów prosiło mnie o wspólną fotografię. Zgoda - odpowiadałam żartem - ale pod warunkiem, że będziecie optować za tym, by kobiety dostawały 51 proc. miejsc. Tak będzie sprawiedliwie po latach dyskryminacji.
Polska kobieta kroczy po cienkiej linie. Z jednej strony kariera zawodowa i polityczna, z drugiej dom, dzieci. Trudno utrzymać równowagę.
Był czas, gdy miałam w domu 12 dzieci, trzeba było nie tylko je nakarmić i oprać, ale także wychować i dać wiele miłości. Posadzić wieczorem na kolanach, każdemu powiedzieć, że się je kocha najbardziej na świecie. Stało się to możliwe, bo u mojego boku stał wspaniały mąż. Bez zgody Krzysztofa, który został najmłodszym ojcem w Polsce (nasz syn Janek jest od niego zaledwie 8 lat młodszy), nie powstałby nasz dom, nie dalibyśmy tyle naszym dzieciom. To on zabierał je zimą na sanki i latem na wakacje, to dzięki niemu mogłam znaleźć choć trochę czasu dla siebie.
To może walkę o ten parytet należy zacząć w rodzinie?
Jakoś dziwnie nie spotkałam się z negatywną oceną ojca - polityka lub prezesa. Nikt nie zarzuca mu, że mało czasu poświęca dzieciom, że rzadko bywa w domu... Dlaczego więc nie powinnyśmy stać się silne w życiu publicznym, dzieląc się po połowie obowiązkami z mężem? Poza tym to kwestia treningu. Sportowiec, który chce wygrywać, trenuje kilka godzin dziennie, jeździ dodatkowo na zawody, spartakiady. Mimo zmęczenia pracuje, bo widzi przed sobą cel. My też powinnyśmy pracować, by nas wreszcie doceniono. Mam koleżankę, która rzuciła studia, bo zaszła w ciążę. Mąż studia skończył. Ona nie - na świat przyszło kolejne dziecko. Takich mądrych, niezrealizowanych kobiet są setki, tysiące. Oczywiście, jeśli kobieta sama wybiera, że zostanie z dziećmi, można jej tylko przyklasnąć. Jednak nie każda wyobraża sobie spędzenie całego życia przy pracach domowych.
Wiele pań od uprawiania polityki odrzuca jej styl. Pełen agresji, testosteronu, kojarzący się z walką uprawianą przez mężczyzn.
Być może było mi łatwiej. Na spotkaniach zawsze siadałam i gadałam jak chłop. Gdy trzeba było - nawet bluzgnęłam. Do dziś z uśmiechem wspominam spotkanie u Lecha Wałęsy w sprawie Encyklopedii XX wieku. Witam panów - powiedział na wstępie Piotr Gulczyński. I panie - poprawił go Wałęsa. A ja byłam jedyną kobietą na sali.
Nie boli Panią, że ludzie, którzy przed laty razem walczyli o zmiany w Polsce, dziś obrzucają się oskarżeniami?
Boli. Oni się kłócą, bo nie umieją znaleźć konsensusu. Wie pani co to jest solidarność? To pomoc w sytuacjach trudnych, szybkie wyjaśnianie nieporozumień i umiejętność znalezienia wyjścia z trudnej sytuacji. U mnie w domu była solidarność. Jeśli dziecko narozrabiało, natychmiast reagowaliśmy. Kiedy ja źle zareagowałam, popełniłam błąd - potrafiłam się do tego przyznać, przeprosić. Tak samo powinno się postępować w wielkiej polityce. Nie poklepywać się po plecach, nie pokazywać, kto tu jest ważniejszy. Każdy człowiek ma prawo do błędu, ale mądrość i solidarność nakazują, by umieć się od złego postępowania odciąć. Osobiście zarówno do Lecha Kaczyńskiego, jak i do Donalda Tuska nic nie mam. Obu szanuję. Jedna rzecz mi się tylko nie podoba - kłótnie na górze. Powinni spotkać się, spokojnie porozmawiać.
Przy okazji 20 rocznicy pierwszych, częściowo demokratycznych wyborów rozpoczęła się licytacja zasług...
Nikt tego nie zrobił sam. Ani Lech Wałęsa, ani ja, ani bracia Kaczyńscy. To zrobili Polacy. Donald Tusk był młody, ale już między innymi ulotki roznosił. Mogliśmy wtedy być razem, możemy i dzisiaj.
Na Kongresie Kobiet Polskich pojawiły się żony bardzo odległych od siebie politycznie prezydentów - Jolanta Kwaśniewska i Maria Kaczyńska. Nie było konfliktów?
Organizatorzy trochę się obawiali, ale bezpodstawnie. Maria Kaczyńska ma swój styl, potrafi się znaleźć. Tak samo jak Jolanta Kwaśniewska. Gdyby w Polsce ważne politycznie decyzje miały podejmować byłe i obecne pierwsze damy, z pewnością by się dogadały. Na kongresie spotkało się pięć tysięcy kobiet. Miały ze sobą o czym rozmawiać. Bo kobieta, jeśli ma problem, szuka sojuszników. Otacza się ludźmi, rozgląda się za kimś, na kogo może liczyć. Nadeszła pora, byśmy zaczęły liczyć na siebie.
Henryka Krzywonos-Strycharska - tramwajarka, sygnatariuszka Porozumień Sierpniowych, matka tuzina dzieci, dla których wraz z mężem stworzyła rodzinny dom dziecka