Pisanie (a często po prostu ględzenie i bełkotanie) o Europejskiej Stolicy Kultury jest w Lublinie w modzie, dorzucę więc swój kamyczek. Otóż, moim zdaniem za wszystkim stoi McDonald. Poniekąd.
Stacja informacyjna Euronews wyemitowała 4 grudnia reportaż o Lublinie "Intercultural Cities: Lublin". Można go obejrzeć
TUTAJ, niestety, tylko w wersji angielskiej, bo póki TVP nie dołączy do SOCEMIE, nazwijmy to, właściciela
Euronews i nie wyłoży 5,72 mln zł rocznie, póty kanał nie będzie polskojęzyczny.
Info o tym wydarzeniu wisi
TUTAJ i bardzo dobrze, że wisi, nie tylko dlatego, że co ma wisieć, nie utonie, a szansa, że reportaż o naszym mieście obejrzą widzowie 248 milionów w 135 krajach (
taki zasięg ma Euronews) jest nie do przecenienia.
Reportaż pokazuje międzykulturowość Lublina przez pryzmat rodziny uchodźców z Czeczenii i chłopaka z Ukrainy, który założył u nas zespół grający etniczną muzykę ukraińską.
Z samego materiału wielkiego halo nie ma co z tego robić. Gdyby nie było o Lublinie to nawet pod groźbą kary cielesnej bym tego nie obejrzał. Zresztą, inne reportaże z cyklu "Miasta międzynarodowe" też na kolana nie rzucają (ten o Lyonie jest zrobiony z tego samego szablonu i równie miałki).
Oglądając materiał nie zdziwiłem się zatem, że w 2004 r. w badaniach przeprowadzonych przez europejski Instytut Gallupa, widzowie Euronews określili stację jako "nudną, monotonną i powolną".
Ale najważniejsze w tym wszystkim jest co innego - nasze uporczywe i mozolne, acz słuszne i zbawienne dążenia do Europejskiej Stolicy Chałtury 2016, o których była mowa w Euronews.
Szczerze ufam (i ma to całkiem racjonalne podstawy), że to właśnie Lublin wygra
ESK, tyle że z nieco innych powodów, niż większość osób zdobyciem tytułu zainteresowanych.
Czy wygramy dzięki oddolnym inicjatywom społecznym, w rodzaju
SPOKO
Nie.
Czy wygramy dzięki dobrze przygotowanej prezentacji (nazywa się to szumnie, a w rzeczywistości to taki folder reklamowy)?
Nie.
Czy wygramy dzięki dużej ilości cennych inicjatyw kulturalnych?
Nie.
Czy wygramy dzięki najlepiej przygotowanej stronie internetowej miasta-kandydata?
Nie.
Oczywiście, wygramy TAKŻE DZIĘKI NIM i nie ma co sobie tego olewać. To po prostu conditia sine qua non - jak chcesz żeby ludzie przychodzili do twojej restauracji, to oczywiste jest, że musisz mieć dobre żarcie i świeże piwo, jak chcesz sprzedawać nowe samochody, to oczywiste jest, że sprzedawca musi mieć garnitur, itepe, itede...
Ale główny powód, IMHO, leży gdzie indziej - w geopolityce, która - akurat w tym przypadku - jest dla Lublina darem od niebios.
Cztery hasła-klucze, bardzo w Brukseli modne i politycznie bardzo correct to: bliskość Ukrainy, wschodnia granica Unii Europejskiej, międzykulturowość, współpraca.
W tej chwili trudno o lepszą możliwość do nawiązania kulturalnej współpracy między Unią a Ukraińcami, niż przyznanie ESK miastu, w którym co druga impreza, co trzeci koncert ma coś wspólnego z naszymi wschodnimi sąsiadami, co - swoją drogą - zaczyna mnie już nieco męczyć.
UE wyznaje bowiem zasadę "nie ma to jak podbój kulturą - tańszy i mniej męczący".
Zgodnie z nią, np. rock'n'roll więcej i szybciej zmieni w społeczeństwie, niż naloty dywanowe, edukacja i dyplomatyczne negocjacje wysokiego szczebla razem wzięte.
Tak więc, w chwili, gdy Ukraina stoi w rozkroku jedną nogą na Zachodzie, a drugą w Rosji, przeciąganie jej na stronę unijną leży jak najbardziej w interesie UE, a idealną metodą wydaje się wymiana kulturalna, z powodów wymienionych wyżej.
W pewnym sensie taką zasadę stosują Stany Zjednoczone, tyle że dołączając niekiedy na wszelki wypadek do podboju kulturalnego element militarny. Vide
walka o demokrację w krajach muzułmańskich.
Jeśli ktoś w skuteczność tej metody nie wierzy i udowodni mi, że nie działa, stawiam mu na lubelskim deptaku amerykańskiego Big Maca, którego zwycięzca spożyje w amerykańskiej restauracji z amerykańską muzyką w tle.