Zdenerwowała mnie już sama organizacja jubileuszowego zjazdu. Wprawdzie Janusz Śniadek wystosował zaproszenia do sygnatariuszy porozumień sierpniowych oraz do najważniejszych osób w państwie, ale zrobiono to jakoś wstydliwie i w pośpiechu - z Henryką Krzywonos-Strycharską rozmawia Barbara Szczepuła.
Co właściwie zirytowało Panią w wystąpieniu Jarosława Kaczyńskiego podczas rocznicowego zjazdu Solidarności w Gdyni?
Zdenerwowała mnie już sama organizacja jubileuszowego zjazdu. Wprawdzie Janusz Śniadek wystosował zaproszenia do sygnatariuszy porozumień sierpniowych oraz do najważniejszych osób w państwie, ale zrobiono to jakoś wstydliwie i w pośpiechu. A na samym zjeździe zaczęto gwizdać na premiera, i to jeszcze zanim zdążył powiedzieć choćby słowo. To przecież nasz kolega z pierwszej Solidarności! Zresztą nawet gdyby nim nie był, uznałabym takie zachowanie wobec gościa, w dodatku szefa rządu, za niedopuszczalne. Kiedy zaś usłyszałam, co mówi Jarosław Kaczyński, nie wytrzymałam.
Poniosło mnie.
Bo czego się z tego przemówienia dowiedzieliśmy? Okazało się, że podczas strajku w sierpniu 1980 roku wszyscy mieszali, manipulowali, a jedynym sprawiedliwym był Lech Kaczyński. Że to on pośredniczył między robotnikami a doradcami. To przecież nieprawda! Doradców było w stoczni wielu. Na czele zespołu stał Tadeusz Mazowiecki, obok niego byli Bronisław Geremek, Waldemar Kuczyński, Tadeusz Kowalik, pani Jadwiga Staniszkis i inni. Był tym gronie także Lech Kaczyński, ale nie w pierwszoplanowej roli.
A jednak Jarosław Kaczyński na zjeździe fetowany był jak bohater.
Widocznie jest bohaterem dzisiejszego związku zawodowego.
A te gwizdy dla premiera?
To dla mnie skandal. Jestem przekonana, że gdyby Lech Kaczyński tu był i widział, co się dzieje, starałby się gwiżdżących uspokoić. Co zaś do samego zjazdu, to uważam go za bardzo nieudane spotkanie. Pojechałam do Gdyni, by spotkać kolegów z dawnych lat, i bardzo się cieszyłam, widząc ich znowu, ale zachowanie sali zepsuło całkowicie świąteczny nastrój. Coś bardzo złego stało się z ludźmi. Dziś wielu spośród tych, z którymi razem w Sierpniu walczyliśmy o Solidarność, patrzy dziś na nas jak na najgorszych wrogów. Jest dziś związek zawodowy pod nazwą Solidarność, ale nie ma solidarności.
Może więc premier Donald Tusk miał rację, przywołując słowa piosenki Jacka Kaczmarskiego: "od pogardy, od nienawiści uchroń nas, Panie?".
No właśnie. Dlatego właśnie zabrałam głos. Chciałam przypomnieć, że 30 lat temu było inaczej. Byliśmy razem. Spieraliśmy się nieraz do upadłego, ale szanowaliśmy się wzajemnie, współdziałaliśmy ze sobą. Na tablicy z 21 postulatami wypisaliśmy wtedy nasze wołanie o wolność słowa, a dziś nie możemy spokojnie wysłuchać premiera Donalda Tuska. Można się z nim nie zgadzać, ale to nie upoważnia do takiego zachowania, jakie widzieliśmy na gdyńskim zjeździe.
W Sierpniu '80 uratowała Pani strajk, przedwczoraj w Gdyni - jak ktoś zauważył - uratowała Pani honor Solidarności.
Nie jestem żadną bohaterką. I wtedy, i teraz stanęłam po prostu w obronie niesłusznie atakowanych. Nie pozwolę na opluwanie pierwszej Solidarności, bo zostawiłam w niej duży kawał swojego serca. To było wielkie, wspaniałe przeżycie. Marzenie o wolności, które jakimś cudem się zrealizowało.