Ten zjazd z 30 sierpnia nie był jednak żadnym zjazdem związkowym, był manifestacją ściśle polityczną i z założenia antyrządową, co akurat w rocznicę podpisania porozumień będących kamieniem węgielnym nowej Polski musiało zabrzmieć fałszywie, chociaż zapewne niewielu spodziewało się aż takiej awantury. Jeżeli jednak zaprasza się do zabrania głosu Jarosława Kaczyńskiego, wcześniej reżyseruje się jego wejście, aby prezydent z premierem pokornie czekali, aż prezes spóźniony o akademicki kwadrans wkroczy, nie zauważając zresztą zgromadzonych, nie witając się z nimi, co wydaje mi się po prostu brakiem elementarnej kindersztuby, a nie tylko brakiem poszanowania dla demokratycznych wyborów, to zbiera się owoce.
Nie domagam się też, aby związek zawodowy był organizacją apolityczną. To jakieś nieporozumienie. Związki zawodowe są podmiotami życia politycznego, odgrywają w państwie rolę polityczną, bywają nawet przybudówkami partyjnymi, służą partiom swoimi strukturami w okresie wyborów. Związek zawodowy Solidarność już dawno określił się jako zwolennik Prawa i Sprawiedliwości, takiego wyboru dokonało kierownictwo i żadne zaklęcia tu nie pomogą, a gadanie o jakiejś apolityczności jest najzwyczajniej śmieszne.
Apel sygnatariuszy porozumień sierpniowych, aby ciężar takich obchodów wzięło na siebie państwo, nie jest więc pozbawiony sensu. Państwo już dawno powinno było to zrobić i nie oddawać pola związkowi zawodowemu. Widocznie wygodniej było o tym nie myśleć, a za czasów rządów PiS i Lecha Kaczyńskiego jako prezydenta po prostu nie wypadało nawet o tym mówić, gdyż uroczystości urządzane przez związek były wygodne jako apoteoza pisowskiej władzy, a przy okazji możliwość wybuczenia tych z innych politycznych opcji. Teraz, bez względu na ryzyko, że władza może się zmienić, trzeba jednak jakiś krok zrobić, choć następny okrągły jubileusz wypadnie za kilka lat, a więc termin jest w miarę bezpieczny, może ostrość konfliktu politycznego nieco zelżeje.
Może dobrze się stało, że ta frustracja się wylała. Już nikt niczego nie musi udawać: ani sztucznej jedności, ani jakiejś wydumanej apolityczności
Uroczystości sierpniowe nie były jednak tylko jedyną, wyjątkową rocznicą. Mieliśmy przecież cały rok rocznic. Zostały one w sposób oczywisty zaplanowane jako ciąg zdarzeń mających pomóc Lechowi Kaczyńskiemu w reelekcji. Od Katynia przez beatyfikację ks. Jerzego Popiełuszki, Grunwald, Powstanie Warszawskie, Bitwę Warszawską, aż po Sierpień właśnie. Miały być dowodem wagi polityki historycznej, demonstracją patriotyzmu, utwierdzeniem słuszności wybranej polityki i być może miały służyć nie tylko pobudzaniu wzniosłych uczuć w Polakach, lecz także reinterpretacji historii. Katastrofa lotnicza pod Smoleńskiem ten plan przewróciła i rocznicowe obchody zostały w pewien sposób osierocone. Już nie miały takiej politycznej wagi, na przykład obchody grunwaldzkie nie niosły żadnego nowego przesłania, a nawet nie powielały starych stereotypów. Można rzec, że zyskały właściwą miarę albo historycznych widowisk, albo uczczenia wydarzeń bez zbytniej pompy i zadęcia. Cała frustracja musiała się więc gdzieś wyładować. I wyładowała się w Gdyni.
Może dobrze się nawet stało, bowiem już nikt niczego nie musi udawać: ani sztucznej jedności, ani jakiejś wydumanej apolityczności. Może nawet pamięć o Sierpniu i tamtych wydarzeniach stanie się powszechniejsza i bardziej autentyczna? W każdej klęsce, a taką była rocznica Sierpnia, warto przecież poszukać czegoś optymistycznego.