- Przez całą ciążę czułam się dobrze, byłam pod stałą kontrolą ginekologa, robiłam badania prenatalne. Wszystko było w porządku, i ze mną, i z dzieckiem - mówi Renata Bartkiewicz.
19 sierpnia - w dziewiątym miesiącu ciąży - kobieta trafiła do szpitala im. Jana Bożego. - Cierpię na nadciśnienie tętnicze, lekarz prowadzący stwierdził, że powinnam się położyć na oddział patologii ciąży. Tam zbadał mnie kardiolog, zrobiono mi EKG, USG i KTG (monitorowanie akcji serca płodu z jednoczesnym zapisem skurczów mięśnia macicy - przyp.
red.). Dostałam leki na obniżenie ciśnienia - opowiada pani Renata.
Koszmar zaczął się dzień później. - Mój brzuch zrobił się bardzo twardy, zaczęły mi drętwieć nogi. Powiedziałam o tym lekarz dyżurnej, ale ona stwierdziła, że wszystko jest w porządku, kazała nie panikować. Męczyłam się kilka godzin. W tym czasie nikt się mną nie zajmował - skarży się zrozpaczona matka.
- Kiedy przyszedłem do szpitala żona była bardzo osłabiona. W pewnym momencie powiedziała, że chyba odeszły jej wody. Odkryłem kołdrę i zobaczyłem kałużę krwi - mówi Arkadiusz Bartkiewicz. - Żona dostała silnego krwotoku. Dopiero wtedy trafiła na trakt operacyjny, gdzie lekarze zrobili jej cesarskie cięcie. Jak się okazało, za późno. Córeczki nie dało się uratować.
Rodzice twierdzą, że lekarze nie pozwolili im zobaczyć dziecka, nie wyjaśnili też, dlaczego doszło do tragedii. Ich zdaniem, specjaliści zlekceważyli objawy i zbyt długo zwlekali z przeprowadzeniem zabiegu. - Trzy lata temu rodziłam pierwszą córkę, moje ciśnienie też było wtedy bardzo wysokie, chwilami sięgało nawet 170/115. Wtedy ginekolog nie czekał z cesarką do ostatniej chwili, nie chciał ryzykować - wspomina pani Renata.
Tydzień temu Prokuratura Rejonowa w Lublinie wszczęła śledztwo w sprawie "narażenia Renaty Bartkiewicz i jej nienarodzonego dziecka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu przez opiekujących się nią lekarzy z SPSW im. Jana Bożego poprzez nieumyślne zaniedbania, a przez to doprowadzenie do zgonu dziecka".
- Śledczy zabezpieczyli dokumentację medyczną, czekają na wyniki sekcji zwłok dziewczynki, będą przesłuchiwać świadków. Opinię w tej sprawie wydadzą biegli z zakresu medycyny, spoza Lublina - informuje Agnieszka Kępka z Prokuratury Okręgowej. - Wyniki śledztwa poznamy najwcześniej za ok. 8 miesięcy.
Wewnętrzne postępowanie przeprowadzi też dyrekcja szpitala. - Współczuję rodzicom. Przyjrzę się sprawie dokładnie, jak tylko prokuratura zwróci nam dokumentację medyczną. Spróbujemy ustalić, dlaczego stało się to, co się stało - zapewnia Jacek Solarz, dyrektor placówki.
***
Rozmowa z profesorem Janem Oleszczukiem, wojewódzkim konsultantem ds. ginekologii i położnictwa
Kto podejmuje decyzję o tym, czy kobieta powinna rodzić naturalnie, czy przez cesarskie cięcie?
- Decyduje ginekolog. W naszym kraju ten zabieg można wykonać w przypadku, kiedy zaistnieją wyraźne wskazania lekarskie, związane ze zdrowiem matki czy też dziecka, które ma przyjść na świat. Bo cesarskie cięcie to operacja, która, jak każdy inny zabieg tego typu, niesie za sobą ryzyko powikłań. Dlatego zawsze lepiej jest rodzić naturalnie.
A co, jeśli przyszła mama nalega?
- Istnieją cztery kategorie cesarskich cięć: z bezwzględnych wskazań medycznych, ze względnych wskazań medycznych, słabych wskazań medycznych i bez wskazań medycznych. Ostatnia grupa dotyczy przypadków, kiedy kobieta ciężarna np. musi koniecznie wyjechać z kraju i z tego powodu chce urodzić trochę wcześniej. To muszą być naprawdę szczególne, dobrze uzasadnione przyczyny. Generalnie jednak decyduje lekarz, na którym spoczywa duża odpowiedzialność.
Wskazania medyczne do przeprowadzenia tego zabiegu to?
- Cesarskie cięcie jest wykonywane najczęściej z powodu zaburzeń tętna płodu czy jego niewłaściwej pozycji. Inne wskazania to przedwczesne oddzielenie łożyska, co może być bardzo niebezpieczne dla matki i dziecka, lub zbyt niskie usadowienie łożyska. Około 28 proc. porodów w Polsce odbywa się przez cesarskie cięcie.