The Roots
"How I Got Over", 2010
Nie chcę w tej recenzji brzmieć jak dwunastolatek, który właśnie odkrył Pearl Jam. Żeby nie szpikować tekstu nieznośną ilością superlatywów wymienię je wszystkie na początku. A więc, nowy album The Roots jest (za słownikiem synonimów): świetny, prześwietny, pierwszorzędny, doskonały, wyborny, przewyborny, idealny, fantastyczny, genialny, wyśmienity, przedni, znakomity, perfekcyjny, wybitny, fenomenalny, rewelacyjny, kapitalny, pyszny, przepyszny, boski, cudowny, przepiękny, arcypiękny, piękny, śliczny, prześliczny, nieziemski, zjawiskowy, wzorowy, nadzwyczajny, bezprzykładny, celujący, popisowy, mistrzowski, arcymistrzowski , wirtuozowski, wirtuozerski, wyborowy, koncertowy, wyskokowy, wdechowy, setny, godny podziwu/pozazdroszczenia, jak się patrzy, pierwszej klasy/wody, najwyższej próby.
Nie chcę też wypaść jak zarozumialec z Porcysa, który szpanuje wciskaniem gdzie się da wszystkich muzycznych tropów, jakie usłyszał na recenzowanej płycie, więc je także umieszczę w jednym miejscu: Jungle Brothers, De La Soul, A Tribe Called Quest, Charlie Parker, Smokey Robinson, Herbie Hancock, LL Cool J, The Temptations, The Supremes, Four Tops, Miles Davis, DJ Kool Herc, Afrika Bambaataa, Run D.M.C., Marvin Gaye, Marvin Gaye, Marvin Gaye, Marvin Gaye, Marvin Gaye, Marvin Gaye, Marvin Gaye, Marvin Gaye, Marvin Gaye, Marvin Gaye.
Nie wiem czy zauważyliście, ale nazwisko Marvin Gaye wymieniłem kilkunastokrotnie.
To po to, by podkreślić duchowe pokrewieństwo najnowszej płyty filadelfijskiego składu do klasycznej pozycji z dyskografii legendy Motown, czyli "What's Going On" (1971). A ściślej rzecz ujmując: pierwszych siedmiu utworów na "How I Got Over", które tworzą wyraźną klamrę (łatwo to zauważyć po wprowadzających partiach klawiszy). Początek i koniec zaznaczają dwa krótkie interludia. Pierwszy na krążku, hancockowski "A Peace of Light" z wokalizami dziewczyn z Dirty Projectors i "DillaTUDE: The Flight of Titus". Wewnątrz tego nawiasu mamy to samo, co na "What's Going On", czyli socjologiczno-filozoficzne rozważania o tym dokąd ten cholerny świat zmierza. Tak jak tam, ponure konstatacje przemieszane są z naturalnym optymizmem, i tak jak tam, za oprawę muzyczną robi wcale rytmiczna, taneczna wręcz muzyka.
Porównajcie np. funkowy "How I Got Over" z Gaye'owskim "What's Happening Brother", a zobaczycie o co mi kaman.
W obydwu przypadkach tylko ci, którzy "no spiking inlglisz" mogą uważać te piosenki za idealny materiał na prywatki. W rzeczywistości "upbeatowe" melodyjne kawałki kryją gorzką skargę podmiotu lirycznego, który nieźle dostał w dupsko na ulicach The Land of The Free, jak mawiają na USA.
Jest jednak pewna różnica między arcydziełem z 1971 r., a arcydziełem z 2010. U Gaye'a światełko w tunelu owszem, świeci, ale blade i odległe. Tymczasem The Roots po zamkniętym rozdziale pt. "jest ciężko", za pomocą radosnego "The Day" otwierają nowy, pt. "będzie dobrze".
Ocena: dziewięć na dziesięć.
Omar Khorshid and his guitar
"Rhythms from The Orient", 1974
Nie mówiłem Wam wcześniej, ale egipscy gitarzyści z lat 70. to moje wielkie hobby. Not.
Tak naprawdę to płytę dostałem przypadkiem, a jeszcze przed dwoma miesiącami nie miałem pojęcia o istnieniu Khorshida. Rzecz to zwykła w kraju opętanym amerykofilią i smutna, bo Omar przecież niczym nie ustępuje amerykańskim kolegom po wiośle, a pod kilkoma względami wielu przewyższa. Nie chodzi mi nawet o używanie orientalnych skal - dodaje to egzotyki, ale to akurat dość oczywiste. Ani nie o fenomenalną rytmikę jego gry (co nie znaczy, że w kółko gra akordy "trzepaczką", Omar preferuje szybki
flatpicking).
Raczej o rewelacyjne brzmienie. Czyste, z mocnym reverbem, nie do zapomnienia.
Khorshid w Egipcie i Libanie (gdzie się przeniósł) jest legendą, jako ten, który wprowadził elektryka do arabskiej muzyki. Podsycają tę legendę mity o jego śmierci. Zmarł w wypadku samochodowym, ale mówi się jakoby całą rzecz zaaranżował mąż zazdrosny o podrywaną przez Khorshida żonę. Teorii w stylu "Omar wciąż życje w Minnesocie i ma się świetnie" nie ma, to jednak nie Elvis.
Na "Rhythms from The Orient" do wschodnich melodii i polirytmiki dorzucił rozkosznie oldskulowe moogi. Efektem czego jest orient-funk-rock-parkiet-killer.
Fenomenalne są zwłaszcza partie gitary, czego akurat łatwo się domyślić, patrząc na nazwisko artysty z charakterystycznym dopiskiem "... and his guitar" (na innych płytach "... and his Magic Guitar"). Trzeba być bardzo pewnym swoich umiejętności, żeby uznać gitarę nie za zwykły instrument, ale połowę duetu.
Ocena: siedem na dziesięć
Nie znalazłem wideo z tego albumu w sieci, więc zapodaję fajny smaczek: "Łociec krzesny egipski"