VI Lublin Jazz Festival, czyli jazz olimpijski

    VI Lublin Jazz Festival, czyli jazz olimpijski

    gfghj

    Kurier Lubelski

    Aktualizacja:

    Kurier Lubelski

    Semafor Combo grali transowo i odważnie

    Semafor Combo grali transowo i odważnie ©Jacek Babicz

    Jak mawiał trener Piechniczek: „Festiwale to nie igrzyska”, ale po zakończonym w niedzielę VILublin Jazz Festiwalu medale można by przyznać.
    Semafor Combo grali transowo i odważnie

    Semafor Combo grali transowo i odważnie ©Jacek Babicz

    Medalowe rankingi w jednej kategorii, nazwanej „jazz”, to ryzykowne przedsięwzięcie. Zestawić ze sobą post-bop, muzykę klubową i jazz-rock to tak, jak wystawić Michaela Phelpsa w slalomie gigancie. Ale skoro historie o wspólnym mianowniku jazzowych nurtów są dziś równie wiarygodne, jak relacje ze spotkania z Yeti, a i sami organizatorzy zaproponowali taki rozrzut – czemu nie?

    Gdybyśmy trzymali się sportowych analogii, to złoty medal w jazzowej atletyce należałby się bezapelacyjnie Victorowi Wootenowi.
    To właśnie typ muzyka olimpijskiego – Citius, Altius, Fortius. Gdyby gryf jego basówki był bieżnią, Victor byłby Usainem Boltem. Podobnie zresztą grają jego bracia: iskry się sypią. Naprawdę imponujące, jeśli ktoś oczywiście lubi „muzykę dla muzyków”. Jako niebasista nie byłem aż tak podekscytowany całą tą wirtuozerią. Sytuację ratowały covery Michaela Jacksona i Jamesa Browna, w dużej mierze za sprawą wielkiego głosu malutkiej Krystal Peterson, więc wyszedłem rozerwany jak należy. To jest – na strzępy. Rozrywki dostarczał też Mop Mop, któremu przyznałbym złoty krążek właśnie w tej dyscyplinie. I chyba tyle da się o tym występie powiedzieć. Oraz że wokalista Anga Da Costa ma charyzmę i jako jeden z niewielu mężczyzn na świecie dobrze wygląda w kiecce.

    Tuż za zespołem Wootena uplasował się duet Adama Bałdycha i Piotra Orzechowskiego, choć tu mam dylemat – wartości artystycznych było tu o niebo więcej, bo technika Bałdycha została zaprzęgnięta do budowania napięcia i wywoływania emocji, rzadziej była celem samym w sobie.

    W mniej sportowych, a bardziej artystycznych konkurencjach srebro ex aequo proponuję triu Philippa Jagschitza, orkiestrze Satoko Fujii i Semafor Combo. Ci pierwsi mieli grać free, a jako że „austriacki free jazz” nie brzmi zbyt przyjemnie, trochę się sprawy obawiałem, a tu proszę: grali melodyjnie i nośnie. Ci drudzy to artyści poszukujący, przy czym warto pamiętać, że nie znalezienie celu w takiej twórczości się liczy, a sam aspekt poszukiwań. Zaliczały się do nich eksploracje muzyki ludowej, tybetańskich dronów i free-improv. Jak to z poszukiwaniem, raz muzycy wiedli nas na manowce, raz obierali piękną drogę. Satoko Fujii postawiła na kompozycje, co było ryzykowne, biorąc pod uwagę, że niektórych muzyków z orkiestry poznała dzień wcześniej. Ale miała szczęście – jak się ma pod ręką takich wyjadaczy, jak Michael Greiner, czy Natsuki Tamura – który potrafi zagrać call and response z dziecięcą zabawką – wszystko się może udać.

    Tatvamasi musi zadowolić się brązem, albo i w ogóle miejscem za podium. Umówmy się: od większości wykonawców na VI LJF dzieliła ich przepaść (i techniczna, i kompozycyjna). Na dodatek wyszli na scenę po Ravi Coltrane Quartet. A po takim koncercie nikt nie jest w stanie wypaść dobrze.

    Syn Johna Coltrane’a i jego koledzy nie wydziwiali. Odwoływali się do bebopu (przywołując Charliego Parkera), do hard bopu (David Virelles brzmiał jak McCoy Tyner), do spuścizny „Trane’a” (w grze Raviego). Raz zrobili wypad w stronę jazzu europejskiego. Formuła stricte jazzowa. Był wstęp, były solówki, podziękowania za brawa, powrót do tematu. Żadna filozofia. Drobna różnica w tym, że robili to mistrzowsko, byli poza jakąkolwiek konkurencją. Sam tylko Johnathan Blake, który waży tyle, co trzech jazzmanów i gra za trzech jazzmanów, wystarczyłby do uznania tego wydarzenia za wielkie. A takich speców było tam czterech. Pewnie nie tylko ja zastanawiałem się przed koncertem, czy aby na pewno ogromne zainteresowanie jego koncertem nie jest spowodowane magią nazwiska. Dziś już się nie zastanawiam. Ravi Coltrane Quartet proponuję zatem wręczyć złoto, platynę, puchar zdobywców pucharów, czy co tam jeszcze.

    Czytaj treści premium w Kurierze Lubelskim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    O tym się mówi

    Wideo