"Muszę mieć jakiegoś fajnego Anioła Stróża". Wywiad z...

    "Muszę mieć jakiegoś fajnego Anioła Stróża". Wywiad z Danielem Olbrychskim

    Anita Czupryn, Dorota Kowalska

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    "Muszę mieć jakiegoś fajnego Anioła Stróża". Wywiad z Danielem Olbrychskim

    ©Fot. Bartek Syta

    Niczego nie żałuję. To już za mną. Trzeba patrzeć w przód. Chciałbym, żeby istniało coś pięknego, dlatego bardzo zazdroszczę ludziom głębokiej wiary. Ja takiej wiary w sobie nie mam - mówi Daniel Olbrychski
    "Muszę mieć jakiegoś fajnego Anioła Stróża". Wywiad z Danielem Olbrychskim

    ©Fot. Bartek Syta

    Siedemdziesiąte urodziny - to ten moment, kiedy robi się małe podsumowania?
    Nie, nie! Człowiek się cieszy, że jeszcze żyje. Ale też widzi, że niestety to już bliżej niż dalej. Do 140 lat ludzie raczej nie żyją. A chciałoby się.

    Szczęśliwcy dożywają do 108 lat.
    Moja ciotka skończyła 107 w tym roku. Ale to już jest trochę inne życie.

    Jest szansa - pochodzi Pan z długowiecznej rodziny!

    No, sporo było osób sędziwych w mojej rodzinie. Ale ciotka pobiła rekord: 107 lat skończyła w Dniu Teatru.

    Trudno nam uwierzyć, że w takim momencie człowiek nie dochodzi do żadnych wniosków, konkluzji, życiowych puent. Na przykład tego, czy żałuje pewnych decyzji, jakie podjął.
    Dlaczego miałbym żałować? To już za mną. Trzeba patrzeć w przód. Przed siebie. Co jutro będzie. Co dzisiaj. Że za chwilę - przedstawienie. A to, co było wczoraj? Że źle zagrałem? Nie, nie! Trzeba patrzeć w przyszłość.

    Jaka przyszłość się Panu jawi?
    Samoje sczastje w żyzni, eto żyt', czyli: Największym szczęściem w życiu jest żyć - powiedział wielki Tołstoj. Po prostu. Tak mi się to jawi. Bardzo kocham być i żyć.

    Bez tych męczących refleksji: dzisiaj to ja bym zrobił inaczej?
    Można czasami żałować jedynie jakichś słów, którymi się komuś sprawiło przykrość, niesłusznie. To tak. To jest moim udziałem, jak każdego z nas, że coś komuś powiedziałem, niewłaściwie.

    Komu?
    No, człowiekowi (śmiech).

    Nie żałował Pan, że zrezygnował z filmu w Hollywood u boku Kirka Douglasa?
    O, to strasznie dawno było. I nawet nie wiem, jak potoczyły się losy tego filmu, który Kirk Douglas miał produkować. Pytał: "Znalazłbyś czas, bo taki film produkuję", coś o piratach, ale czy on to w końcu wyprodukował, czy nie - nie wiem. Może nie doszło do produkcji tego filmu.

    Bo Daniel Olbrychski odmówił.
    Powiedziałem: "Nie, bo gram ważną rolę, bohatera polskiej literatury, najpopularniejszą postać". Odpowiedział: "Rozumiem, rozumiem, oczywiście, to graj, na koniach będziesz jeździł pięknie". Nazwisko Sienkiewicz mu coś mówiło, bo znał "Quo vadis". Potem do niego zadzwoniłem i mówię: "Słuchaj, cała Polska mnie nie chce". (śmiech) Zacząłem się nawet przekomarzać: "A, to nie zagram Kmicica". Ale tak naprawdę to tej myśli nawet nie dopuszczałem do siebie. Mimo to zadzwoniłem do Kirka i pytam, czy ten film jeszcze aktualny, czy będzie go robił. "Co się stało?" - pyta. Ano, Polska mnie nie chce. Odrzekł: "To ciekawy kraj. Aktor musi być kimś ważnym w tym twoim kraju. W Ameryce zagram - to powiedzą: - Kirk był dobry, Kirk był średni", ale żeby, zanim Kirk zagra, wybuchła narodowa dyskusja? To aż tak ważny ten zawód w Ameryce nie jest. Widocznie to u was ma ogromne znaczenie: literatura i aktorstwo. A ty uważasz, że się nadajesz do tej roli?" Odpowiedziałem: "Uważam, że to jest dla mnie napisane". Zapytał jeszcze: "Reżyser też tak uważa?". Odparłem, że tak. Usłyszałem: "No to się nie wygłupiaj, tylko zagraj tak, żeby cię wszyscy przepraszali".

    I tak było!
    Pięknie to ujął Tadeusz Konwicki, przy pierogach ruskich w stołówce w Związku Literatów przy placu Zamkowym, gdzieśmy się stołowali. No, bo i we własnym gronie, i niedrogo, i domowe. I przy tych pierogach pan Tadeusz (jeszcze wtedy byliśmy na "pan") powiedział: "Pięknie się panu ułożyła ta przygoda z publicznością i dziennikarzami polskimi. To zupełnie tak jak z Kmicicem. Cała Lauda go nienawidziła, a w kościółku padli mu w ramiona. Pana też tak nie chcieli, nie chcieli, a teraz mówią: "No, nie! Lepszego nie można było znaleźć". To chyba miło przeżywać, bo gdyby nie było tej afery, toby się pan mniej czuł jak z bajki, taki usatysfakcjonowany?". Rzeczywiście, potem już się nie znalazł nikt, kto by mówił, że był przeciwny mojej roli. A, nie! Jeden był! Wspaniały krytyk filmowy, w "Życiu Warszawy" pisał recenzje. Bardzo ważny krytyk, Stanisław Grzelecki. Na konferencji prasowej się podniósł pierwszy i mnie przeprosił, bo wcześniej wysmażył bardzo ostry felieton, że to niemożliwe, żebym grał Kmicica, jak byłem Azją. Zaczął od tego, że bije się w piersi: "Nie miałem racji, z ogromną przyjemnością chciałem przeprosić reżysera , a szczególnie pana Daniela. Nie mogę sobie wyobrazić lepszego w tej chwili Kmicica".

    Ten Hollywood jednak do Pana wrócił, bo zagrał Pan z Angeliną Jolie w filmie "Salt" w 2010 r. To dlatego, że świetnie mówi Pan po rosyjsku?
    Nie najgorzej też mówię po angielsku. Ale gdyby nie było takiej postaci - Słowianina, mówiącego płynnie po angielsku, ale z wyraźnym słowiańskim akcentem, to pewnie bym tego nie zagrał. Hollywood ma wystarczająco dużo dobrych aktorów do grania Amerykanów, ale czasem zdarza się potrzeba takiego dziwoląga jak Słowianin.

    Jak było z tą propozycją? Zadzwonił telefon i okazało się, że z Hollywood? To chwila, o której marzy chyba każdy aktor w Polsce. Ba! Pewnie na świecie!
    Tak. Ale telefon do mnie miał Philip Noyce, reżyser australijski, zresztą uczeń Jerzego Toeplitza, który w 1968 r., w trakcie antysemickiej nagonki, widząc, że w Polsce nie pociągnie, jako rektor Łódzkiej Szkoły Filmowej, wyemigrował. Założył szkołę filmową na wzór łódzkiej w Australii. I wypuścił znakomite grono wspaniałych, oscarowych później reżyserów. Jednym z jego uczniów, w prostej linii, był właśnie między innymi Philip Noyce. No i kiedy zabierał się do filmu "Salt", a kolegował się z Andriejem Konczałowskim, który kilka ważnych filmów zrobił w Stanach, to zapytał go, czy nie ma w Rosji aktora około 60 lat, dobrze mówiącego po angielsku, sprawnego fizycznie, bo to przecież thriller, miała być bójka, który mógłby być równorzędnym partnerem mega-gwiazdy Angeliny Jolie. Widzicie, dobrze mieć znajomości. Bo Konczałowski - a tak mi w każdym razie opowiedział Philip - odparł: "W Rosji to mi nikt nie przychodzi do głowy, ale jest »nasz«, jak mówimy, Daniel. Mówi po rosyjsku jak Rosjanin, świetnie zna angielski i spełnia wszystkie warunki". Noyce zapytał: "Czy to ten z filmów Wajdy?". W końcu Noyce szkolony był na polskiej szkole filmowej. No i poprosił Konczałowskiego o mój telefon. Kilka dni potem zadzwonił do mnie. Nie było żadnego castingu, przyjechałem do Ameryki, myślałem, że będziemy robić próby. Poznałem Angelinę i od razu zaczęli mi kostium mierzyć. Zadzwoniłem do żony: "Gram tę rolę". Zadzwoniłem też do Romka Polańskiego, bo on mi bardzo kibicował.

    Nikomu z polskich aktorów nie zdarzyło się, aby zagrał z taką megagwiazdą.
    No, rzeczywiście, miałem szczęście. (śmiech) Mogło się to nie zdarzyć. Wszystko to, co czasami się nie udaje, wraca. A parę rzeczy nie doszło do skutku, bo propozycje miałem wcześniej, po "Popiołach". Nicholas Ray, twórca "Buntownika bez powodu" z Jamesem Deanem, chciał coś ze mną robić, ale się rozpił, potem umarł. A poza tym wtedy w Polsce o wszystkim decydowały urzędy. Film Polski czy później Pagart to były ubeckie urzędy, wszyscy tam na dwa etaty pracowali. Głównym ich zadaniem było, żeby nie dopuścić polskich artystów do żadnej kariery. Dlaczego Stalin wybił kułaków? Bo bogaty chłop niezależnie myśli. Władze totalitarnego systemu również były zainteresowane, żeby reżyser, aktor nie zrobili międzynarodowej kariery. No, bo jak to? Mieli decydować? "Proszę paszport, będę sobie mieszkał w Paryżu jako człowiek niezależny"? Wszyscy byliśmy własnością tamtego systemu, a urzędnicy mieli święte prawo o nas decydować: "Tu pozwolimy, tu nie pozwolimy". Gdyby nie to, pewnie dużo wcześniej grałbym w filmach w Hollywood.

    Ale Pan tę karierę międzynarodową zrobił. Jak Pan sobie radzi ze sławą?
    Chyba ci, którzy zasłużenie do niej doszli, to… nie znam takiego przypadku, żeby ktoś powiedział: "Holoubek sobie nie radził, Łomnicki sobie nie radził, Gajos sobie nie radzi". Wspaniale sobie radzili i radzą. To nie tylko wybitnie zdolni aktorzy, lecz także nadzwyczajne osobowość. Za nimi nie tylko technika aktorska stoi, ale właśnie niezwykła osobowość. Ja wcześnie trafiłem na Wajdę, a jeżeli się grało główne role w filmach Wajdy, to oglądał to cały świat.
    1 3 »

    Czytaj treści premium w Kurierze Lubelskim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (5)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Phi!

    fil (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 1 / 2

    Kabotyn jakich mało!!

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Ostatnie lata radosnej działalności tego pana

    pokazały, (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 2 / 1

    że to 100% produkt postkomuny.
    Jak wielu innych aktorów "opozycjonistów", co to "komuny nie kochały", ale komunie wiernie służyły.

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    A NISZCZENIE W MUZEUM EKSPONATÓW NAWET JEŻELI JEST TO ZDJĘCIE W GRANEJ ROLI !!!!!!

    OD AKTORA O0CZEKUJE SIĘ TROCHĘ KULTURY (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 3

    ZAWARTE W TYTULE .......... NIC DODAĆ I NIC UJĄĆ ...........

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Polskie aktorstwo na świecie

    Ewa P. (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 2

    Jako aktor spośród Polaków największą karierę poza granicami naszego kraju zrobił - co mało kto wie - aktor teatralny Jerzy Jeszke.

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    człowiek ktory niczego nie zaluje

    ala (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 3 / 4

    jest pozbawiony wszelkich uczuc, empatii. TO ZWYKLY NADETY BUFON

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    O tym się mówi

    Wideo