Mistrzowska forma bogów

    Mistrzowska forma bogów

    Marek Świrkowicz

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Sto tysięcy osób. Według ostrożnych szacunków speców od internetu tyle osób ściągnęło sobie najnowszy album U2 w ciągu 10 godzin od momentu, gdy ten pojawił na jednym z nielegalnych serwerów wymiany plików.
    Na nic zdały się godne fortu Knox zabezpieczenia, kategoryczny zakaz wysyłania dziennikarzom kopii recenzenckich czy drakońskie obostrzenia nałożone na wszystkich uczestników łańcucha dystrybucyjnego - najpilniej strzeżona muzyczna tajemnica ostatnich miesięcy na tydzień przed oficjalną premierą (zaplanowaną już na najbliższy piątek) padła łupem sieciowych piratów.

    To jednak nie tyle potwierdzenie rozbuchania haniebnego procederu, ile niezbity dowód potwierdzający skalę fenomenu czterech Irlandasów. Oto bowiem po 33 latach nieustannego wycierania scen całego świata i 11 mniej lub bardziej udanych albumach na koncie wciąż potrafią wzbudzić wśród fanów autentyczne i gorące emocje.

    Co takiego jest w tych 11 nowych kawałkach, że tysiące ludzi ślęczy godzinami przed ekranem komputera, aby upolować choćby urywek piosenki (ogromną furorę zrobił niedawno pewien fanatyk, który umieścił w sieci nagrane na komórkę fragmenty świeżej płyty podsłuchane pod oknem willi Bono)? Odpowiedź jest prozaiczna: "No Line On The Horizon" to najciekawszy, najbardziej ambitny i po ludzku najfajniejszy kawałek muzyki, jaki panowie z U2 popełnili od czasu wydanego w 1991 r. arcydzieła "Achtung Baby".

    A przecież wcale nie musieli się chłopaki napinać. Mogli pójść sprawdzoną ścieżką wytyczoną przez rozpieszczonych weteranów z Rolling Stones czy AC/DC i nagrać kolejną kopię tego, co pożeracze rockowej klasyki lubią najbardziej. I nikt nie miałby im tego za złe: wystarczy spojrzeć na wyniki sprzedaży ich dwóch poprzednich, zachowawczych do bólu płyt: "All That You Can't Leave Behind" (2000) i "How To Dismantle An Atomic Bomb" (2004) - proporcjonalne do barokowych tytułów i sięgające łącznie 22 mln egzemplarzy.

    Najwyraźniej jednak przeżuwanie własnego ogona - jakkolwiek byłby soczysty i smakowity - u członków U2 owocuje niestrawnością zdecydowanie szybciej niż u innych muzycznych gigantów. Dlatego Bono i spółka ponownie wezwali na pokład producencki dream team odpowiedzialny za brzmienie "Achtung Baby" i przy pomocy Briana Eno, Daniela Lanoisa i Steve'a Lillywhite'a postanowili po raz kolejny pobawić się w odkrywców nowych brzmieniowych kombinacji. Ściągnęli uwierające kamasze muzycznych kombatantów, pozwolili producentom poszaleć za konsoletą. Ba, wielki Bono skrobnął parę tekstów, w których o dziwo nie występuje jako rockowy zbawiciel, ale wciela się w ćpuna, gliniarza, a nawet reportera wojennego.

    W efekcie powstała płyta, która nie tylko urzeka odkrytą na nowo radością grania (posłuchajcie tylko rozkosznie bezpretensjonalnego "Get On Your Boots"), ale też zgodnie ze starą marketingową zasadą "coś dla każdego" zaspokoi apetyt nawet najbardziej wymagającego fana. Chcecie trochę starego U2? Macie "Magnificent". Potrzebujecie nowoczesnego klasyka na miarę genialnego "One"? Dostajecie równie genialne "Moment Of Surrender". Tęsknicie za eksperymentalnym dziwactwem? Jest egzotyczny "Fez - Being Born". A może brak wam uroczej, folkowej prostoty? To odpalcie sobie "White As Snow". Ciekawe, czy po usłyszeniu tych perełek ktoś będzie jeszcze miał odwagę nazwać ich starymi nudziarzami.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    O tym się mówi

    Wideo