Sztuka pod kangurem

    Sztuka pod kangurem

    Sylwia Hejno

    Kurier Lubelski

    Aktualizacja:

    Kurier Lubelski

    Z Australijczyków śmiejemy się, że chodzą do góry nogami. Ich ten dowcip nie bawi. Ale połączenie dzikiej przyrody z nowoczesną techniką sprawia, że inaczej opisują świat. Przestrzeń i lekkość zdają się być naturalnym kodem kulturowym zawartym w pracach artystów z Queensland College of Art.
    Inne półkule to inne realia - gdy europejska sztuka w znacznej mierze nadal boryka się z piętnem II wojny światowej, australijska młodzież uczy się w szkołach o dramacie starych wspólnot plemiennych, diasporze i tzw. "skradzionym pokoleniu" - dzieciach rdzennej ludności, która siłą została odebrana rodzicom i adoptowana przez rodziny spoza Australii. Polska, w której historia jest całkiem odmienna, są stare blokowiska i gdzie regularnie pada śnieg, jawi się ojczyźnie aborygenów równie egzotycznie, jak ona nam. Prace, które trafią jutro do Akademickiego Centrum Kultury, to owoc porozumienia między uczelniami (UMCS i QCA) oraz nadzieja na porozumienie międzykulturowe.


    W kraju, w którym dobrze jeśli podróż sąsiada do sąsiada trwa tyle, ile przejażdżka z Lublina do Kazimierza Dolnego, panuje inna rzeczywistość. Ta odmienność uwidocznia się w fotografiach i grafikach artystów z krainy skaczącego kangura. Ich prace zwracają uwagę swoim spokojem i subtelnością refleksji. Nie jest to myślenie ani europejskie, ani amerykańskie. To coś zupełnie innego.

    - Europejczyk czy Polak przedstawiłby takie bolesne sprawy zupełnie inaczej, sądzę, że bardziej wprost. Na przykład po wystawie Józefa Szajny przez tydzień jest się na ciężkim, moralnym kacu. Te prace od razu zwracają uwagę swoją odmiennością, nie obarczają widza w takim stopniu - uważa Joanna Polak, reżyserka i organizatorka wystawy.

    Studenci i absolwenci posłużyli się technikami cyfrowymi. Grafika warsztatowa w zasadzie należy dla nich do przeszłości, a wybór kierunków związanych z nowymi mediami jest nieporównywalny do tego polskiego. Ciekawe efekty osiągają poprzez łączenie różnych dziedzin, np. grafiki i instalacji (u Jacka Rybińskiego przybiera ona formę skrzydlatej książki, którą można wertować), czy grafiki i ręcznego haftu (Tiffany Shafran posłużyła się gwaszami, grafitem i nićmi do stworzenia rokokowej inspiracji). Na plan pierwszy wysuwają się rdzenność i ekologia, bo jak pisze jedna z uczestniczek "widzę miasto jako krajobraz zadrapań pozostawionych przez człowieka". Pojawiają się motywy roślinne, busze i siekiery.

    "Diaspora" Henriego van Noordenberga to dwunastometrowe fotograficzne studium etnograficzno-geograficzne. Jego trzecia część będzie rozłożona na podłodze jako symbol lasu, który ma ulec zniszczeniu. Podeptanie przyrody to warunek niezbędny, aby dostać się na dalszą część ekspozycji. Zniszczenia dokonają tłumy młodzieży przybyłej z okazji "Drzwi otwartych" na UMCS. - Dewastacja pracy przez oglądających była osobistym życzeniem artysty - mówi Joanna Polak.

    "Sharing" - grafika i fotografia po australijsku, jutro, g.18, ACK, ul. Radziszewskiego 16

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    O tym się mówi

    Wideo