W przypadku nikotyny wolność owa jest równie iluzoryczna jak ta dawna, szlachecka. Obrońcy prawa do papierosa pewnie w większości przypadków nie zdają sobie sprawy, że są ofiarami ciągnącej się już od kilku pokoleń kampanii marketingowej, która gdzieś w początkach XX wieku upowszechniła papierosy. Tytoń był oczywiście znany w Europie od czasów, gdy Kolumb przywiózł go z Nowego Świata. Jednak do czasów I wojny światowej próżno było w przestrzeni publicznej szukać hord nałogowych nikotynistów.
Poczciwe pykanie fajki kojarzone było raczej z zaciszem domowym, w którym - jak wiadomo - każdy z nas ma prawo robić, co mu się podoba. I pewnie
tak by zostało, gdyby uśmierzające właściwości tytoniu nie zostały odkryte na potrzeby I wojny światowej. To właśnie w czasie pierwszej globalnej masakry nowoczesnego świata stworzony został rynek konsumentów uzależnionych od nikotyny. Zaczęło się to od prostego zabiegu: milionom walczących na frontach żołnierzy rozdawano wówczas za darmo papierosy. Była to często jedyna pociecha dla gnijących po pachy w błocie okopów nieszczęśników. Po zakończeniu wojny mieliśmy już gotową, choć zdemobilizowaną armię nałogowych nikotynistów, która do dziś trzyma się mocno. I gotowa jest walczyć do upadłego o ułudę nikotynowej wolności.
Wyobraźmy sobie, co by się działo, gdyby na podobnej zasadzie stworzyć powszechny, całkiem legalny i do tego globalny rynek dostępu do kokainy. Są tacy, którzy pewnie zatarliby ręce, ale większość z nas, także nałogowych palaczy tytoniu, zaprotestowałaby pewnie przeciwko wszechobecnej, a przecież wyniszczającej kokainie. Niemożliwe? Nic podobnego, bo paradoks polega na tym, że mało brakowało, a kokaina byłaby dziś dostępna i akceptowana, a nawet broniona przez zwolenników swobód obywatelskich równie energicznie jak dziś bronione są papierosy.
W II połowie XIX wieku oparty na kokainie napój zaczął robić furorę w USA. Rozprowadzano go jako antidotum na uzależnienie od morfiny. Było ono powszechne w Ameryce po wojnie secesyjnej, która wyprodukowała miliony rannych i kalek leczonych, a raczej odurzanych morfiną.
Lekarstwo na morfinowy głód nazywało się coca-cola i szybko zyskało miliony przywiązanych do tej marki konsumentów. Kto wie, jak wyglądałyby rodzinne wizyty w fast foodach oferujących zestawy posiłków z litrowym wiadrem coca-coli do popicia, gdyby w początku XX wieku władze federalne USA nie zakazały producentowi dodawania ekstraktu z liści koki? Idę o zakład, że bronilibyśmy prawa do picia coca-coli zawsze i wszędzie z równym zaangażowaniem, jak dziś walczymy o papierosy.