Mamy więc festiwal ocen, które po części pokrywają się z sympatiami i antypatiami do politycznego matecznika rządu, czyli PO. Ciekawsze jeszcze od wystawiania kolejnej cenzurki wydaje się pytanie, co oceniane dwa lata wróżą na przyszłość, a wróżą przede wszystkim, niestety, niewiele.
Platforma szła do wyborów z workiem pełnym obietnic, bardziej lub mniej realnych. Wśród nich były naprawdę
rewolucyjne i ambitne. By wspomnieć tylko likwidację Senatu, obniżkę podatków, reformę finansów i służby zdrowia i naprawdę tanie państwo. Z tej toplisty kolejne pomysły zaczęły znikać niemal następnego dnia po wyborach. Niektóre z powodu sprzeciwu prezydenta, inne z powodu kryzysu, jeszcze inne z winy koalicjanta, jak likwidacja czy chociażby reforma KRUS-u. Były to przyczyny niezrozumiałe jak te, które doprowadziły do fiaska reformy mediów publicznych.
To, co zostało, imponująco nie wygląda. Choć wprowadzenie na powrót do polityki słów: normalność i przewidywalność, jest autentycznym sukcesem ekipy Tuska. Normalne i przewidywalne reakcje leżą u podstaw innych niekwestionowanych osiągnięć, jak walka z kryzysem, czy odbudowa pozycji Polski w Unii Europejskiej.
Tyle że polityka ostatniego dwudziestolecia dowodzi, że naprawdę ambitne projekty realizuje się na początku rządów. Potem kolejne gabinety grzęzną w szczegółach, tracą impet i zaczynają fazę administrowania. To, co jest najważniejszym wyzwaniem w drugiej połowie rządów, to emerytury i dług publiczny. Jakiekolwiek ruchy w tych kwestiach będą bolały.
Platforma szła do wyborów z workiem pełnym obietnic, bardziej lub mniej realnych. To, co z nich zostało, imponująco nie wygląda
Nikt nie jest tak naiwny, by sądzić, że walczącego o prezydenturę Donalda Tuska i kogokolwiek stojącego po nim na czele rządu stać będzie na ostre i odważne decyzje w obliczu dwóch kampanii wyborczych. Nawet jeśli, co dziś bardzo prawdopodobne, Tusk wygra prezydenturę, to zaraz po niej trzeba będzie bić się o drugą kadencję. Chyba że wariant przyspieszonych i jednoczesnych wyborów prezydenckich i parlamentarnych skróci ten czas bezruchu o rok.
Tak czy owak odważnych kroków i śmiałych decyzji przez dwanaście najbliższych miesięcy nie należy się spodziewać. To przekładane na język potoczny oznacza zmarnowany rok. Nie bardzo nas na to stać. Ta prawda przebija się do świadomości wyborców powoli, ale skutecznie. Część elektoratu oddała głos na Platformę Obywatelską, by odsunąć PiS. Ta część i w następnych wyborach zagłosuje tak samo, bo PiS się nie zmienia i dobrze wiadomo, jak dziś wyglądałyby ich nowe rządy.
Część wyborców zaufała jednak Platformie, bo wierzyła, że za cztery lata Polska będzie innym krajem i ta część może się okazać dla PO stracona. Warto, by drużyna Tuska zrozumiała, że to, co dziś uznaje za swój sukces, jest ledwie narzędziem do jego osiągnięcia.