Jak się uchronić przed małymi zarobkami, zwolnieniami i wrednym szefem? Najlepiej zostać: a. europosłem, b. urzędnikiem, c. związkowcem. To najlepsze sposoby na kryzys.

Nie trzeba inwestować w pistolet i kominiarkę, a potem ryzykować skoku na bank. Wystarczy wystartować w czerwcowych wyborach do Parlamentu Europejskiego, wygrać i przez pięć lat cieszyć się potężnymi, jak na polskie warunki, apanażami. No i nikt nas nie wyrzuci z roboty.

Zaleta dodatkowa: po jednej kadencji do końca naszych dni co miesiąc na konto będzie wpływać unijna emerytura.



Ciężka harówka europosła

Niedawno zmieniły się zasady wynagradzania pracy europosłów. Co miesiąc każdy europoseł dostanie: 7665 euro brutto z unijnego budżetu (dotychczas unijni posłowie mieli uposażenie takie jak ich krajowi koledzy, polscy ok. 2200 euro) 287 euro dziennej diety na noclegi i wyżywienie ok. 4 000 euro na prowadzenie biura i jeszcze 17 000 euro na asystentów. A i to nie wszystko, bo na polityków czekają różnego rodzaju bonusy, jak dostaną zwrot kosztów podróży.

Pieniądze to nie wszystko?



Kandydaci do PE przekonują, że nie o pieniądze im chodzi. – Wysokość diety jest dla startujących zachętą, ale myślę, że nie podstawową. To jest ciężka praca: nie ma się życia rodzinnego i wypada się z bieżącej polityki krajowej – twierdzi Jacek Czerniak, przewodniczący sejmiku, szef lubelskiego SLD i lider listy tej partii.

– Bardzo bym się zdziwił, gdyby ktoś chciał iść do Parlamentu Europejskiego tylko ze względu na pieniądze. Zresztą to nie jest dobry biznes, trzeba się poświęcić, odłożyć na bok inne zajęcia, przygotować na rozłąkę z rodziną – dodaje Andrzej Pruszkowski były prezydent Lublina, a teraz radny PiS, który zapewnia, że nie zamierza startować. A jeszcze sama kampania wyborcza to spory – i niepewny – wydatek.



Szturm na urzędy

Kiedy prywatne firmy zwalniają pracowników, a inni boją się takiej możliwości oglądają ciągle w telewizji ekspertów zapowiadających redukcje zatrudnienia, coraz więcej osób z zazdrością patrzy na kolegów pracujących na państwowych lub samorządowych posadach. – Praca w urzędach wiąże się ze stabilizacją. Firmom prywatnym łatwiej zwalniać pracowników w czasie kryzysu. Tymczasem w administracji publicznej trzeba bardzo się starać żeby stracić pracę – podkreśla Katarzyna Kępa, dyrektor Miejskiego Urzędu Pracy w Lublinie. – Od kilku tygodni mam na biurku rosnącą stertę podań o pracę w moim urzędzie. Nie trafiają do kosza, staramy się pomóc tym ludziom np. proponować szkolenia czy anonsować ich u innych pracodawców.



Strach poszukiwaczy

Wydaje się, że rekord ostatnich miesięcy mógł paść w grudniu w lubelskim Urzędzie Marszałkowskim. Na konkurs na stanowisko ds. organizacyjnych w Departamencie Organizacyjno-Prawnym Urzędu Marszałkowskiego zgłosiło się 113 osób, a do drugiego etapu przeszło 90 kandydatów. Inne konkursy również przyciągają rzesze chętnych. Na stanowiska ds. ochrony powietrza i ochrony przed hałasem starało się po 46 osób. Ponad 60 osób starało się o posadę w Departamencie Strategii i Rozwoju Regionalnego. Urzędnicze posady zawsze cieszyły się wzięciem, ale teraz chętnych jest jeszcze więcej. – Ludzie boją się kryzysu i poszukują pewnej pracy – ocenia Krzysztof Grabczuk marszałek województwa. Mimo oszczędności Urząd Marszałkowski będzie robił nabory, bo trzeba ludzi do dzielenia unijnych funduszy przyznanych na lata 2007–2013., a potem ich rozliczenia. Praca zatem jest.

Najlepiej, żeby wymagań nie było

Zmasowany atak idzie na posady, na których nie ma szczególnych wymogów (np. wystarczy tylko wyższe wykształcenie). – Tam gdzie wymagania są wyśrubowane np. na stanowiska dla architektów, mamy chętną jedną, dwie osoby – mówi Małgorzata Tatara, rzecznik prasowa wojewody. Albo w ogóle. Na początku marca nie wypalił konkurs na stanowisku ds. urbanistyki i architektury w Delegaturze w Zamościu Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego w Lublinie, bo brak było chętnych.

Stres i emeryturę

– Rzeczywiście, mamy większe zainteresowanie pracą u nas – mówi Janusz Wójtowicz, rzecznik prasowy Komendanta Wojewódzkiego Policji w Lublinie. W tym roku do komendy trafiło już tysiąc podań o pracę. Jednak wolnych miejsc jest mało. – Wspólnie z Komendą Główną ustalamy, ile mamy etatów do obsadzenia. I teraz mamy ich najmniej od lat.

Wójtowicz dodaje jednak, że praca jest ciężka i stresująca. – Ale można wcześniej przejść na emeryturę (po 15 latach – red) wypłacaną z MSWiA, a nie z ZUS. Pensja co miesiąc trafia na konto, nie grozi upadek „firmy”, po roku przysługuje trzynasta pensja. Ludzie z wyższym wykształceniem mają też perspektywy awansu.

W lubelskiej policji trwa właśnie nabór, kolejny planowany jest na lipiec.

Jak trwoga to do związku

Ostatnia deska ratunku to związki zawodowe. Najlepiej własny. Jak taki założyć? – Zebrać przynajmniej dziesięć osób, zorganizować spotkanie założycielskie odnotowane w protokole i wybrać tymczasowego szefa – tłumaczy Marian Król, przewodniczący lubelskiej Solidarności. Później trzeba jeszcze zarejestrować związek w sądzie. – Jeśli pracownicy skrzyknęli się żeby bronić się przed zwolnieniami, to wszystko jest w porządku, każdy ma prawo się bronić – mówi Król. I dodaje, że ostatnio więcej osób jest zainteresowanych przystąpieniem do związków, choć i tak bardzo daleko nam do Niemiec gdzie 80 proc., a w Skandynawii 90 proc. pracujących działa w związkach.