Rozmowa z dr Mariuszem Gwozdą, socjologiem z UMCS

Ze Stanów dochodzą do nas wieści o panicznych reakcjach ludzi na finansowy kryzys. Jedni zaczynają robić zapasy, inni uciekają z miasta na wieś. To zachowania jak w przededniu wojny!

 

 

– Sytuacja faktycznie budzi momentami skrajne emocje. Globalny system bankowy dostał zadyszki. Niepewność konsekwencji tego przesilenia może powodować różnego rodzaju irracjonalne reakcje.

Ale zachowania o których pani mówi są mocno przerysowane. Ogromny udział w wywołaniu zamętu w głowach ludzi mają media. Pojedyncze przypadki, choćby najbardziej nietypowe, wciąż są incydentami, ale w języku dziennikarzy stają się wydarzeniami powszechnymi. Kryzys jako taki jest sytuacją bolesną. Im mniej wówczas emocji i pochopnych działań, tym mniej dotkliwie się go odczuwa.

 

• Czy mieliśmy dotychczas podobną sytuację?

 

– W pierwszej kolejności na myśl przychodzi światowy kryzys ekonomiczny z lat trzydziestych, który dotknął także Polskę. Ale i powojenna historia przynosi kilka przykładów, jak wymiana pieniędzy, hiperinflacja i permanentny niedobór na rynku w Polsce Ludowej.

 

• W jaki sposób przekłada się to zachowania ludzi?

 

– Te i inne sytuacje zmuszały ludzi do radzenia sobie w sposób nietypowy. Komitety kolejkowe, zakup waluty u cinkciarzy, kupowanie na zapas. Przesilenia wywołują społeczną reakcję. Przy czym mam takie wrażenie, że jesteśmy dziś mniej przygotowani na niespodzianki. Wydawało się nam bowiem, że może być już tylko lepiej i będziemy się bogacić w nieskończoność.

 

• Banki były zawsze instytucjami najwyższego społecznego zaufania. Bankructwa amerykańskich i europejskich instytucji finansowych to zaufanie podważyły. Jakie będą tego konsekwencje?

 

– To, co dla zwolenników wolnego rynku było przekleństwem, okazało się dla systemu bankowego w Polsce wielkim dobrem. Mówię tu o presji nadzoru bankowego i niechęci do inwestowania w ryzykowne instrumenty. Nasz rodzimy system bankowy, również za sprawą gwarancji rządowych, wyszedł z tego całego zamieszania obronną ręką. Powiedzenie „masz jak w banku” nie straciło wciąż na aktualności.

 

• Czy możliwy jest scenariusz masowego szturmowania polskich banków i wypłacania pieniędzy?

 

– Owszem, teoretycznie ten jak i każdy inny scenariusz zawsze jest możliwy. Przy czym bardzo mało prawdopodobny. Zapewnienia premiera, szefa NBP, członków Rady Polityki Pieniężnej uspokajają. Ich wyważony głos studzi nasze emocje. I choć reakcje ludzi trudno tak naprawdę precyzyjne przewidzieć, to – jak się wydaje – wraca optymizm. No, przynajmniej brak oznak nerwowości. Daje się, co najwyżej, wyczuć niepewność.

 

• Czy i w jaki sposób może zmienić się struktura naszego społeczeństwa po fali spadków na giełdzie? Czy przybędzie nam grupa finansowych bankrutów, czy też wyrośnie nam grupa nowych miliarderów, którzy dorobili się na spadkach?

 

– Przede wszystkim, mitem jest przekonanie że Polacy powszechnie inwestują na giełdzie. Owszem w połowie lat 90. pod biurami maklerskimi ustawiały się długie kolejki, jednak czas giełdowych graczy-amatorów minął bezpowrotnie. Do inwestowania na giełdzie potrzebna jest dziś wiedza i obycie w realiach ekonomicznych. A wytrawni gracze liczą się ze zmiennością koniunktury. Obecne przesilenie na pewno wpłynie na ich wyniki finansowe. Wygrani i przegrani to abecadło giełdowych realiów. Dzisiejsza korekta jednych przyprawia o ból głowy, innym stwarza szanse niezłego zarobku. To chleb powszedni wolnego rynku.

 

• Co robić, żeby przetrzymać krach na giełdzie, gdy nasze oszczędności topnieją w oczach?

 

– Po raz kolejny apeluję, by oszczędnie używać słowa krach. Wiadomo że przed takimi przesileniami chroni przemyślane i ostrożne inwestowanie. Model agresywny poza niewątpliwymi zyskami jest obarczony sporym ryzykiem. Warto więc rozważnie inwestować, swój portfel podzielić choćby na akcje i obligacje. Zawsze, nie tylko w przypadku oszczędności, należy się kierować zdrowym rozsądkiem. Pytać, czytać, słuchać innych. A jeśli wciąż mamy wątpliwości należy oszczędności powierzyć specjalistom. W każdym przypadku nie szarżować.

 

• Czy możemy spodziewać się fali powrotów do kraju, choćby z Islandii, czy Irlandii, i w jaki sposób wpłynie to np. na poziom bezrobocia w kraju?

 

– Istnieje taka ewentualność. Co prawda już od pewnego czasu daje się zauważyć skłonność naszych rodaków do powrotów, ale kryzys w konkretnych regionach może wzmocnić ten trend. Zważywszy na coraz realniej brzmiące prognozy spowolnienia gospodarczego, faktycznie wskaźnik bezrobocia może wzrosnąć. Można mieć tylko nadzieję, że wracający do kraju przywiozą ze sobą nie tylko zarobione pieniądze ale i umiejętności. A – co najważniejsze – szczere chęci do zaistnienia w sferze małego czy średniego biznesu. Oni wcale nie muszą być problemem i kolejnym procentem w statystyce bezrobocia. Mogą tchnąć nowy impuls w rodzimą gospodarkę.

 

• W jaki sposób zmieni się poziom zaufania społeczeństwa do państwa, najważniejszych instytucji finansowych? Czy to zaufanie da się odbudować?

 

– Kryzysy jako takie, na ludzi zdolnych do refleksji, działają na ogół trzeźwiąco. Jednych bolą mniej, innych bardziej. Za wcześnie by wyrokować na temat zaufania do instytucji państwa czy banków w ogóle, ale obecna sytuacja jest kolejną lekcją wolnego rynku. W pogoni za poziomem życia Europy Zachodniej zarówno banki jak i my zbyt nonszalancko podchodziliśmy choćby do kwestii kredytów konsumenckich i hipotecznych. Przeszliśmy właśnie lekcję odświeżającą nasz zdrowy rozsądek. Oby te słowa były wciąż aktualne za tydzień, miesiąc, rok.