Rozmowa z Kazimierzem Bissem, z-cą dyrektora ds. kolportażu „Ruch” SA

W tym roku minęło 90 lat od powstania „Ruchu”. Kiedy powstały pierwsze kioski?

 

– Pierwszy kiosk został otwarty w styczniu 1919 roku na dworcu w Warszawie. W tym samym czasie powstał tez pierwszy kiosk na Lubelszczyźnie – na dworcu w Dęblinie. Uruchomiło je powołane dwa miesiące wcześniej przez polskich księgarzy i wydawców Polskie Towarzystwo Księgarń Kolejowych „Ruch”.

W ciągu pół roku „Ruch” otworzył w Polsce ponad 60 kiosków: w Krakowie, Lwowie, Poznaniu, Wilnie. W naszym regionie kioski powstały m.in. w Lublinie, Łukowie, Chełmie, Puławach, Nałęczowie. Wszystkie były na dworcach, można w nich było kupić prasę i papierosy.

 

Byli klienci?  

 

– Zdecydowanie tak. Kioski przyjęły się znakomicie. Do tego stopnia, że po 1925 roku „Ruch” zaczął stawiać kioski także poza dworcami. To były niewielkie drewniane budki, na Lubelszczyźnie zachował się taki przedwojenny kiosk w Kazimierzu przy dworcu PKS. Po przejęciu konkurencyjnej firmy „Czytajcie” aż do wybuchu wojny „Ruch” był monopolistą na rynku sprzedaży prasy. Miał 700 punktów sprzedaży i blisko 350 gazeciarzy. 

 

Ten rodzaj sprzedaży prasy wciąż cieszył się powodzeniem?

 

– Przedwojenni gazeciarze zwani byli „majdaniarzami” ze względu na „majdan” z gazetami, który nosili na plecach. Prasa schodziła im „od ręki”. Gazeta kosztowa wtedy tyle, co bułeczka. Stać na nią było i inteligencję i robotników. Ludzie kupowali gazety i czytali je, bo było to wtedy najważniejsze medium informacyjne.

 

Po wojnie rynek się zmienił?

 

– Zaczęły powstawać spółdzielnie wydawnicze, które w ’50 roku weszły w skład Państwowego Przedsiębiorstwa Kolportażu „Ruch”. Była to firma, która miała wyłączność w kraju na prenumeratę i sprzedaż prasy. Gazety stały się tubą propagandową komunistycznego rządu. W ’71 roku „Ruch” połączył się ze spółdzielnią „Prasa” i powstała Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza „Prasa-Książka-Ruch”, mająca w swoim logo robotniczy młotek. Głównym udziałowcem tego wielkiego przedsiębiorstwa całkowicie kontrolującego rynek prasowy było PZPR.

 

Jakie gazety można było wtedy kupić?  

 

– W regionie ukazywały się dwa dzienniki: „Sztandar Ludu” i „Kurier Lubelski”. Oba miały olbrzymie nakłady; ok. 300-400 tys. egz. dziennie. Była jeszcze ogólnopolska „Trybuna Ludu”, której nakład sięgał 2 mln egzemplarzy. Nakłady były tak olbrzymie, że wychodziło na to, iż co 10 mieszkaniec Polski czytał gazetę. Zakłady pracy prowadziły prenumeratę na ogromną skalę. Były takie przedsiębiorstwa, że gazet wystarczało dla wszystkich pracowników.

 

To były złote lata „Ruchu”?

 

– Tak można powiedzieć. RSW wydawała 273 tytuły gazet. Do tego książki, kalendarze, pocztówki, płyty gramofonowe. „Ruch” miał 33 tys. punktów sprzedaży w całym kraju. Poza kioskami pod szyldem RSW w miastach powstawały Kluby Międzynarodowej Prasy i Książki (MPiK), a na wsiach Kluby Prasy i Książki. To były miejsca, gdzie Polacy nie tylko czytali prasę przy kawie, ale też przychodzili na prelekcje, spotkania autorskie. Krótko mówiąc: ukulturalniali się. W MPiK-ach można było kupić zagraniczna prasę, to było okno „na świat”. 

 

Ale chyba nie na cały świat?

 

– Na pewno były gazety z krajów „Demoludu”. A nie było takich, które propagandowo byłyby niewygodne dla ówczesnej władzy.  

 

W latach 80. zaczął się kryzys i dla „Ruchu”?

 

– Niestety. Kryzys dotknął też przemysł papierniczy. Papier był reglamentowany, wydawany z państwowego rozdzielnika. Drukarze musieli „załatwiać” sobie papier, inaczej maszyny stały. Ile gazet się wydrukowało, tyle się sprzedało.

 

Nie było zwrotów?

 

– A skąd! Wręcz przeciwnie. Niektóre tytuły szły wręcz „spod lady”.  

 

Na przykład?

 

– Choćby „Przyjaciółka”, czy „Przekrój”. Dobrze schodziły też „Szpilki”, „Polityka”.

 

A z gazet młodzieżowych?

 

– Oczywiście „Sztandar Młodych”. Było jeszcze „Razem”, „Zarzewie”...

 

I „Nowa Wieś”...

 

– To był pomysł państwa na edukację młodzieży wiejskiej. Czy skuteczny? Akurat „Nowa Wieś” nie sprzedawała się „spod lady”. Można ją było dostać bez problemu.

 

Podobnie jak słynny „Kraj Rad”?

 

– Pamiętam, że ta gazeta wychodziła na bardzo śliskim papierze. I miała ogromny nakład. Większość szła do szkół. 

 

Co, poza gazetami, można było w tych trudnych czasach dostać „spod lady” w kioskach „Ruchu”?

 

– Żyletki, krem Nivea i prezerwatywy. Tego brakowało i za tym ustawiały się długie kolejki.

 

Pan był w tym czasie dyrektorem oddziału „Ruch” w Kraśniku. Przychodzili do pana znajomi, że im pan cos załatwił „spod lady”?

 

– Pewnie, że przychodzili. Znajomi i nieznajomi. Prosili o „Politykę” i „Tygodnik Powszechny”. Zazwyczaj odchodzili z kwitkiem. Nie byłem w stanie wszystkich zaspokoić. Najbliższym znajomym pożyczałem gazety. Już nie oddawali.

 

Wszystko zmieniło się, gdy w roku 90. zlikwidowano RSW, a dwa lata później powstał Ruch SA.  

 

– Państwowe tytuły zostały sprzedane, albo przeszły w ręce spółdzielni pracowniczych. Majątek RSW wydzielono i znacjonalizowano. Na rynku kolportażu prasy zaczęła się konkurencja. Na początek „Prasonix”, potem „Jard Press”, wreszcie „Kolporter”.  

 

To uderzyło w kioski „Ruchu”?

 

– Początek lat 90. był chyba najgorszy dla „Ruchu”. Bardzo wiele kiosków zostało zamkniętych, bo okazało się, że jest ich za dużo. Ludzie tracili pracę. Potrzeba było kilku lat, by rynek zaczął się odbudowywać. Pojawiły się nowe tytuły, rynek został uwolniony. Sprzedaż podnosiła kolorowa prasa kobieca, ale też gazety erotyczne, których wcześniej nie było.

 

Pamięta pan tytuły?

 

– „Twój Weekend”, „Cats”, „Erotyka”. Schodziły na pniu, zainteresowanie było ogromne. Żadnych zwrotów.

 

Wolny rynek okazał się lekarstwem na kłopoty „Ruchu”?

 

– W połowie lat 90. kioskarze mieli swoje pięć minut. Pracowali od rana do nocy, ale mieli efekty finansowe. Niektórzy się nawet dorobili. Ale to trwało kilka lat, teraz nie wygląda to już tak różowo. Ciężka praca, a pieniądze takie sobie. Ludzie mniej czytają, a konkurencja jest silna.

 

Co panu dziś najbardziej przeszkadza na rynku prasowym?

 

– Chciałbym, żeby ludzie kupowali gazety tak jak kiedyś – dla nich samych, a nie dla dodatków do gazet. Nie mogę pogodzić się z tym, że musimy sprzedawać dobre tytuły z dołączoną kiełbasą, wodą, szaliczkiem, czy lakierem do włosów. Liczy się tylko gadżet, wiele osób w ogóle nie czyta gazety do której jest on dołączony. Dlatego marzę o takiej chwili, gdy prasa znów będzie wartością samą w sobie. A to, czym się zajmujemy przestanie być pospolitym handlem, a znów będzie prawdziwym kolportażem.