O relacjach w związkach, samotności, swingowaniu i pornografii, rozmawiamy z Biancą-Beatą Kotoro, psychologiem społecznym, psychoseksuologiem z Uniwersytetu SWPS.

Pewnie słyszała Pani o realistycznych lalkach erotycznych, wyprodukowanych w USA? Co ciekawe przedstawiają mężczyzn. Można wybrać typ urody, rasę, wielkość i kształt penisa, znaki szczególne. Lalka nawet w dotyku przypomina ludzką skórę. Stany Zjednoczone, to jest to państwo wbrew pozorom pruderyjne. Jeśli pojawia się coś takiego, jest jawne, promowane, czy to świadczy o zmianach zachodzących w obyczajowości seksualnej zachodu? Mimo, że to inny kontynent, jest to kultura jednak bardzo nam pokrewna.
Może nie tyle w obyczajowości, co raczej pokazuje to, że idąc z postępem technologicznym i z tym wszystkim co się dzieje wokoło, przestajemy dbać o kwestie emocjonalne, o relacje. I nagle potrzebujemy takiego substytutu, pod tytułem lalka. Nasza samotność ma być jakoś ładnie ubrana. Można by pójść w filmowo-książkową historię „o końcu ludzkości”. Przecież my jako ludzie, jako istoty stadne - nagle nie potrzebujemy drugiego, żywego człowieka?

Jeżeli mamy mówić o kwestii intymności, bliskości, to pewną kwintesencją będzie szeroko rozumiany seks. Jeśli ma być dobry i fajny, to jest związany przecież z relacją z drugim człowiekiem. I to nie jest, górnolotne mówienie, bo każdy z nas wie, co znaczy dotyk. Inaczej go odczuwamy, jak ktoś nas dotknie w tramwaju – jest nam obojętny albo wywołuje nawet rodzaj złości z powodu naruszenia naszych granic. Przyjaciel nas dotknie - wspaniały gest, dotyk dziecka nas rozczuli. Jeśli to jest partner, partnerka to przecież ten dotyk, w tą samą przysłowiową rękę, zupełnie inaczej działa. Interpretacja płynie z naszego mózgu. Jesteśmy ludźmi, potrzebujemy ludzi i nagle fundujemy sobie substytut i to jeszcze taki, żeby był klonem człowieka. Kiedyś czytaliśmy o tym książki, oglądaliśmy filmy, że będziemy uprawiać seks z robotami, u-botami, klonami…A dziś próbujemy to realizować. Pytanie jest dokąd to nas zaprowadzi?

Wydawało się to wtedy niewiarygodne.
A za chwilę pójdziemy krok dalej. Jak już nie poszliśmy – będziemy dążyć do tego, żeby takie lalki mówiły, żeby była reakcja, interakcja werbalna. Myślę, że to jest trudne. Łatwo wpadamy w takie rzeczy. Oczywiście czymś innym będzie, jak ktoś dla pewnego żartu, zabawy, coś zaeksperymentuje, a co innego, jeżeli to ma być stały element czyjegoś życia, codzienna rzeczywistość. Oczywiście nie nam to oceniać. Ale jakby widać, że jesteśmy zagubieni i samotni, skoro potrzebujemy takich substytutów.

No tak, bo skoro pojawia się taki produkt, to jest na niego zapotrzebowanie. Szczególnie, że nie jest to produkt tani. Producent musiał przecież zrobić rozpoznanie i są na niego potencjalni odbiorcy.
Dlatego nie posądzam tych, którzy produkują, żeby opierali się tylko na własnej wizji, z pewnością zostało to przez nich zbadane i zauważone jako potrzeba, na której można świetnie zarobić. I to właśnie wywołuje po raz kolejny pytanie, dokąd zmierzamy. Ktoś by mógł powiedzieć „ok, lalki przecież były, to nie nowość”. Ale tutaj posuwamy się znacznie dalej, chcemy udawać, że coś sztucznego, bez świadomego kontaktu, ma nam zastąpić człowieka i relację intymną.

Mówi Pani o samotności. Z czego ta dzisiejsza samotność może wynikać?
Oczywiście to jest bardzo zmienne w kulturze. To nie jest tak, że nasze czasy są nowością. One są nowością przez pewien kontekst pod tytułem zdobycze technologiczne. Ale jak prześledzimy sumiennie historię, dane zachowania i tendencje ludzi istniały zawsze. Proszę zobaczyć wstecz, ten moment, kiedy tych technologicznych rzeczy w Polsce nie było, ludzie bardziej mieli chęć bycia razem. Spotkania, prywatki, zabawy. Organizowali czas i życie między ludźmi. Nie trzeba daleko patrzeć. Trzydzieści pięć lat wstecz. W Polsce nie mieliśmy za wiele, a pomimo to ludzie żyli, żyli prawdziwym życiem relacyjnym, tworzyli grupy, rozmawiali ze sobą twarzą w twarz. Zapraszali się na herbatę, dyskutowali, po prostu byli razem. Dziś powiemy, że to jest nie modne.

Dzięki temu, że nie było nic, ludzie bardziej wychodzili do siebie?
Można by wysunąć taką hipotezę, że tak. I oczywiście nie chodzi o to, że teraz trzeba nam wszystko zabrać, abyśmy się opamiętali, to z powrotem powrócimy do relacji międzyludzkich. Wspaniale, że jest postęp, technologia, ale ona ma być budująca a nie zabierająca nam „ludzkość i biologię”. Technologia może przysłużyć się w budowaniu relacji, to my ją niestety źle wykorzystujemy. I to przeciw sobie.

Dziś przyświeca nam hasło "indywidualizm ponad wszystko". Nie tworzy się razem. Nie ma podejścia, że siła jest w grupie, w zespole. To niestety ma swoje konsekwencje. Bo jeżeli jesteśmy nastawieni na pęd i szybkość, na indywidualizm, to niestety odpychamy innych. Nie dbamy o relacje. Wszystko ma błyszczeć, być glamour, dla innych, i niestety tylko na powierzchni. Zaczęliśmy przeglądać się w lustrze, co inni mają tam zobaczyć, nie my. I tu pojawia się samotność. Niepokojące uczucie i stan. Trzeba go zagłuszyć. Sam przed sobą się przecież nie przyznam, że jestem samotny, chociaż mam 150 przyjaciół na FB, że to atrapa, więc lepiej, chociażby w sprawie seksu, udam się po taką lalkę -partnera.

Mówi Pani o tym, że ludzie zastąpili relacje indywidualizmem i przeżywaniem w pojedynkę. Dlaczego nie potrafiliśmy wykorzystać nowych możliwości do rozwijania naszych relacji? Dlaczego wybraliśmy taką drogę?
Być może zachłysnęliśmy się tym, daliśmy się uwieść i przestaliśmy myśleć. Myślenie o tym, jakie będą tego konsekwencje. Jeżeli pokoleniowo nie będziemy wspierać tego, że ważne są relacje, że grupa jest wartością, że każdy może wnieść coś fajnego, innego, że razem osiągniemy sukces. Jeżeli to nie będzie przekazywane dzieciom i będzie trwał kult indywidualizmu, będziemy niestety brnąć w czarną stronę relacyjności i współpracy. Wszelkie tego typu zmiany zachodzą pokoleniowo i patrzyłabym na to właśnie w ten sposób. Teraz mamy pokolenie 20-latków, którzy myślą, że wszystko się wokół nich kręci, czują każdą komórką ciała, że są najlepsi. Tylko jaka będzie tego konsekwencja? Ilu może być najlepszych? Samo hasło wskazuje, „najlepszy” jest tylko ten jeden!

Zaczyna się rywalizacja i ukrywanie wad. I każda sfera, jakaś nieumiejętność np. w seksie schodzi do naszego prywatnego „podziemia”.
Ależ absolutnie. Seksualność jest składową ludzkiego życia. Ta piękna strefa zaczyna być źle pojmowana i przedstawiana. W takim przypadku ludzie zaczynają o niej myśleć „seks jest przereklamowany”. No jasne, w wydaniu takim porno technicznym, instrumentalnym, tak. Jeśli będziemy z taką lalką, ktoś ją nam dobrze zareklamuje, może po kilku razach uznamy, że to też jest przereklamowane, że nie o to chodziło. Mam taką nadzieję. Przecież ciągle nam potrzeba jako ludziom, oczywiście „zdrowym ludziom”, tego pierwiastka relacyjności, dotyku, który coś dla nas będzie znaczył, będzie miał głębszy i osobisty wymiar. Seks jest więziotwórczy!

To prowadzi tylko do przesuwania granic. To, co mamy, przestaje nam wystarczać i szukamy coraz bardziej ekstremalnych doznań?
Powiedziała pani piękną i ważną rzecz - granice. Ludzie przesuwają granice, myląc to z wyzwoleniem i wolnością. Wolność bez granic nie jest demokracją. To anarchia, a ludzie wychowywani w anarchii nie uczą się szacunku dla zasad ani autorytetów, nie uczą się też, jak odpowiedzialnie korzystać z owej wolności. Gdzie jest samoświadomość siebie? I czy to rzeczywiście jest wewnętrzna potrzeba danej osoby? Jeśli tak, wtedy ja z nią nie dyskutuję. Ale czy to jednak nie jest tak, że człowiek kupił coś z zewnątrz i teraz czuje się w obowiązku, że musi to pokazać, uwiarygodnić, że tak właśnie jest? To jest tak, jak z „wyzwoleniem seksualnym kobiet”, które mówią „tak, jestem otwarta w łóżku, seks jest cudowny, moje libido zwyżkuje”. Badania i wizyty pacjentów pokazują co innego. Dlaczego? Bo teraz jest kreowana moda, że masz być taka otwarta. I kobiety „bawią się” w ten teatr, odgrywają tę otwartość i przebojowość w łóżku. Tylko jak się przez chwile zatrzymają i zagłębią w siebie, to się okazuje, że są odcięte. Ciało i one to dwa osobne byty.

I nie daje to szczęścia ani spokoju.
A czytają i słyszą, że tak ma być. I myślą sobie, jak to? To ja taka otwarta, robię to, uśmiecham się, jestem zawszę chętna. Jasne. Ale to nie jest w zgodzie z twoim pragnieniem wewnętrznym, mózgiem, z tym co się rzeczywiście w tobie dzieje. Nadużywasz i wykorzystujesz samą siebie.

Czy z tego właśnie wynika zjawisko swingersów, poszukiwanie skrajnych doznań, albo odcinanie się od relacji uczuciowej w seksie?
Takie zjawiska są oczywiście teraz pięknie nazwane. Skłamałabym mówiąc, że wcześniej nie występowały. Nie było natomiast takiej nomenklatury. Moją uwagę przykuwa to, co się takiego dzieje, że ludzie chcą odciąć się od swojego ciała. Zrobić z niego towar. Być jak charytatywna prostytutka i uprawiać seks z wieloma osobami. I aby nie zwariować, zastosować jej metodę przebadaną i opisaną przez wielu badaczy: odcinam się od swojego ciała, myślę o czymś innym, wykonuję robotę a moje emocje, uczucia są dla kogoś innego. Więc przy takich rozjazdach, że jestem w związku i wymieniam się tymi partnerami, to jest pytanie co takiego się zadziało, że ja potrafię się od tego swojego ciała oddzielić. Nagle ono może należeć do kogoś innego, nieznanego, i do tego to podnieca.

Możliwe, że wchodzimy w pewien rodzaj uzależnienia. Wkraczamy w ten obszar pierwszy raz i jest fantastycznie, dziko, inaczej. Dopiero gdzieś później spadamy. Stajemy na parapecie ostatniego, otwartego okna w wieżowcu i patrzymy na ile adrenalina w nas skacze. Nie są to zachowania z normy rozwojowej ani klinicznej. No i znowu, ktoś by powiedział, że nie wolno oceniać, bo to jego ciało. Jasne. Tylko jest kwestia tego, co za tym stoi. Może jakieś doświadczenia seksualne, gdzie człowiek miał świadome lub nieświadome poczucie bycia nadużytym, wykorzystanym. Nadużytym nie tylko w sensie seksualnym, ale też w obszarze zawodowym. I stąd ta „umiejętność” odcięcia się od siebie, że można należeć do kilku osób, można nas brać. Mam czasem takie pary na terapii, gdzie jedna ze stron próbowała kogoś namówić i udało się. Rzadko kiedy jest pełna i świadoma dobrowolność z obydwu stron. Jak minie pierwszy zachwyt, zaczynają się kłopoty, afery, kłótnie, zdrady. „Bo ty nie tak spojrzałeś, nie tak dotknąłeś, nie tak się umawialiśmy”.

I tu jest jeszcze jedna rzecz, której nie bierzemy pod uwagę. I niech mnie feministki rozstrzelają, które mówią, że jest równo i tak samo u kobiet i mężczyzn. Nie zgadzam się z tym. Bo inaczej funkcjonujemy. Tu nie chodzi o to, że któraś ze stron jest lepsza czy gorsza, bo daleka bym była od wartościowania, nawet powiem, że byłabym za zakazem wartościowania.

Jesteśmy inni.
Tak, tak, tak! Czerpmy z tego, że jesteśmy inni. U kobiet mamy emocjonalność, która się przekłada na relacyjność. Śmiejemy się, że gra wstępna dla nas zaczyna się od rana, że musi być miła atmosfera całodzienna. Mężczyzna bardziej działa tu i teraz. Kwestia sporów w relacji nie wpływa, aż tak znacząco na ich uczucia, czy chęć uprawiania seksu. Inność. Cudownie, że tak jest. Wbrew pozorom, jesteśmy dzięki temu w stanie razem funkcjonować. Jesteśmy kompatybilni jak to mówi dziś młodzież. Stąd też między innymi ta trudność w relacjach homoseksualnych.

Myślę, że to nie jest takie łatwe do określenia zjawisko, na przykładzie swingersów. Należałoby to dobrze zbadać. Najpierw podzielić na kobiety i mężczyzn, poznać ich historię życia, ich przekazy i przekonania. Nie kupuję opowieści pt. „mamy fantastyczne życie, wspaniałą relację, mamy fantastyczny seks i mimo tego fantastycznego seksu, jako wisienka na torcie, raz w tygodniu umawiamy się na wymianę”. Nie kupuję tego. Coś tu się nie klei. To fantastycznie można przeczytać w gazecie, jakiejś książce, ale w życiu, to tak nie funkcjonuje.

Czyli zdrowo rozwinięta relacja między partnerami, powinna być całkowicie wystarczająca dla obydwojga, w kwestii seksu? Sytuacja, w której poszukujemy czegoś na zewnątrz, świadczy raczej o brakach w nas samych albo w naszej relacji?
Ależ absolutnie tak. To nie oznacza oczywiście, że dana osoba nie może mieć jakiś fantazji. Ale fantazje i rzeczywistość to dwie różne rzeczy. To, że myślisz, że kogoś zabijesz, bo podniósł ci ciśnienie, nie czyni z ciebie zabójcy. Oczywiście jeżeli non stop mamy w głowie kogoś innego, to coś oznacza. Chodzi o to, że jeżeli ludzie deklarują, że mają fajny, dobry związek, to on jest dobry na każdym poziomie. Bo dobry oznacza, że potrafimy się komunikować, dogadywać. A skoro jest porozumienie, to w sferze seksu też. Eksperymentujemy, próbujemy, ale ze sobą. Bo jeśli chcemy ze sobą dobrze funkcjonować, to kwestia szeroko pojętej wierności, jest jakąś podstawą, jest fundamentem. A my tych fundamentów potrzebujemy. Wierność to nie dar od natury, to prezent, który sobie oferujemy i darujemy wzajemnie.

Są pary, które są małżeństwem ale oddzielnie mieszkają, mają różne konta. Pytanie co im do daje i dlaczego zostali małżeństwem, skoro potrzebują osobnych mieszkań, osobnych kont, osobnego życia. Zawsze zadajmy sobie pytanie, co za tym stoi, co to niesie, dlaczego.

Z tej naszej rozmowy klarują się dwa obrazy. Dosyć odległe od siebie, ale mają wspólny mianownik. Z jednej strony zaspokajanie się w pojedynkę, z drugiej poszukiwanie mocnych, nowych doznań, ale jednak z innymi ludźmi. Cechą wspólną w obydwu przypadkach, okazuje się być samotność. Czy to jest faktycznie domena naszych czasów? Czy znów, media wyłapując co pikantniejsze szczegóły, pokazują naszą rzeczywistość w krzywym zwierciadle? Wiem, że Pani jest nie tylko teoretykiem ale i praktykiem. Czy ludzie przychodzą do Pani często z problemami, o których rozmawiamy?
Na przestrzeni lat, nie zaobserwowałam, żeby tego było więcej. Zmiana polega na tym, tak jak rozmawiałyśmy na początku, że te zjawiska zostały nazwane. Obecnie jest modna pewna nomenklatura na to. Wcześniej przychodzili ludzie, którzy robili pewne rzeczy i chcieli oceny, porady. A teraz ludzie przychodzą na zasadzie „no tak, tak, swinguję, inni też tak robią”.

A więc ok. Skoro wiesz, że inni tak robią, skoro jest nazwane, to czemu przychodzisz? I tu się jednak pojawia ten rozjazd, pewna refleksja, że coś mimo wszystko nie gra. Oczywiście znajdą się takie głosy, które powiedzą „nie chodzę do terapeutów, to mi odpowiada, jest ok”. Ale jednak każda osoba, która zaczyna robić jakikolwiek wgląd w siebie, czuje, że ciało jest po to, żeby je szanować, że nie jest dla wszystkich, że jest nasze i stanowi integralną część, a nie dodatek. W dzisiejszych czasach mamy z resztą problem ze słowem intymność. Odpalamy Internet i możemy się dowiedzieć kto, jakie majtki założył i jaki wypił sok na śniadanie. Przez to, kolejne pokolenia są zagubione, bo to hasło zżyło się z seksualnością. Dziś intymne jest raczej to, ile ludzie zarabiają. Popłynęliśmy. I teraz czy wyhamujemy. Nie chodzi oczywiście o to, żeby wrócić do jakiegoś średniowiecznego postrzegania. Chodzi o postrzeganie świadome. Jesteśmy stworzeniami seksualnymi, od narodzin do śmierci i to my decydujemy. Ale decydujmy wewnętrznie. A to wymaga pracy, żeby człowiek tak naprawdę poznał siebie samego. I tego się bardzo boimy, i przed tym się bronimy.

Musimy odzyskiwać intymność?
Jak najbardziej. Możemy zacząć zasiewać ludziom, że to jest ważne. Nie dlatego, że coś muszą. Na pewno każdy z nas, może zrobić przegląd, tego co tak naprawdę jest jego. Nie sprzedane przez media czy panującą modę, poprzez kulturę. Ja rozumiem, że ona zawsze gdzieś ciąży na naszych barkach, ale może możemy na chwile się zatrzymać i zadbać trochę o siebie. O to żeby nie żyć według oczekiwań i schematów innych.

No właśnie. Przytoczę badania, w których pytano ludzi na łożu śmierci czego najbardziej żałują w życiu i lwia część powiedziała właśnie, że tego, że nie przeżyła życia po swojemu, tylko żyła zgodnie z oczekiwaniami innych.
Właśnie. To jest to! Stąd nawet taka moja osobista refleksja, dokąd my zmierzamy. Że to jest pustka, która jest takimi rzeczami wypełniana. Nie radością z bliskości, satysfakcją, że poznamy daną osobę. Oczywiście nie ma co mówić i obiecywać, że będzie idealnie. Co to znaczy idealnie? Spotyka się dwoje ludzi, dwa światy, różne charaktery. Trzeba spróbować dogadać się, zrobić tak, żeby było coraz lepiej. Jeśli są kłótnie, niech będą, ale konstruktywne. To buduje fajną relację, fajny seks. Wtedy nie potrzeba książki z Kamasutrą, to samo popłynie. Będziemy to czuli w porozumieniu. W innym wypadku seks będzie techniczny, będzie odegrany. Stąd tak wielki krzyk o pornografię: nie dlatego, że powstała i że jest, tylko dla tego, że miała być dodatkiem, taką nieobowiązkową wisienką na torcie. I co się stało? Zaczęła być lekcją poglądowo i podglądową dla ludzi, bez refleksji, że to science-fiction dla dorosłych.

Rozmawiałyśmy na początku o tym, że ludzie nie potrafią robić czegoś razem. I teraz pytanie. Mówiła Pani o częstych zachowaniach na zasadzie: idziemy i mówimy w towarzystwie "swinguję, tak jak mnóstwo innych osób”. Czy to właśnie, nie jest substytut tego poczucia, że jesteśmy grupą?
Bardzo ciekawe spostrzeżenie. Jak najbardziej. To jest modne, fajne, nazwane, jestem wtedy częścią czegoś, częścią tego społeczeństwa, które wykonuje to, co inni lubią. Pokazuje tą otwartość, pokazuje zaprzeczenie wcześniejszych pokoleń, intymności. A później, w ostatecznym rozrachunku okazuje się, że jesteśmy naruszeni i wykorzystani. I to nie dotyczy tylko kobiet, żeby była jasność. Mężczyzna pomyśli „wykonałem dobry seks, bo mam według nich odpowiedni rozmiar, bo długo mogę”.

A nie daj Boże jak nie mogę… A co będzie jak nie dam rady. Czymś to trzeba będzie przykryć.
Właśnie. I potem, nie udało się w tym grupowym, to wymiana partnerów. Jak tu nie, to pójdę w cyberseks, w lalkę.

Czyli zamiast skupiać się na przyczynach, pracujemy nad skutkami.
To jest tak zwany plasterek. Mamy ranę, nie oczyścimy jej, ale zakryjemy. Inni nie widzą. A rana się paprze. Nie chciałabym dawać wydźwięku, że to się dzieje teraz i kiedyś tego nie było. Tylko w takim razie, skoro jesteśmy inteligentnymi ludźmi, a za takich się przecież uważamy, to wykorzystajmy tą wiedzę z czasów, które były. Zobaczmy, jaki był efekt, kiedy ta rozpusta i frywolność była przedstawiana jako coś dobrego i pożądanego. My mamy z czego czerpać. To już było. Naprawdę. Pytanie tylko, czy my jesteśmy nauczeni myślenia, wyciągania wniosków i nie patrzenia tylko na swój czubek nosa.

Sam fakt, że pojawia się tyle poradników, świadczy raczej o tym, że chcemy gotowej metody a nie pracy nad sobą.
Strzał w dziesiątkę, to co pani powiedziała. Ludzie na wszystko chcą gotowej recepty i przepisu.

Chyba, że chodzi o fizyczność, gdzie znów możemy być fit, hołdować modzie i być częścią jakiejś grupy. Często nie pracujemy nad jakością naszego życia całościowo.
To wydaje nam się zupełnie niepotrzebne. Nasze życie zaczyna być powierzchowne. Proszę zobaczyć, że nie cieszą się powodzeniem poradniki, które jakkolwiek chcą zmusić do myślenia czy refleksji. Na wszystko chcemy gotowca. I oczywiście w pigułce.

W jaką stronę to wszystko będzie szło? Ostatnio mówi się sporo o aseksualizmie.
W skali badań – choć jest ich jeszcze za mało – podaje się, że to jest 1-3 procent społeczeństwa. Niektóre teorie mówią o tym, że jest to kwestia uszkodzenia jądra łożyskowego na prążku krawędzi mózgu, które odpowiada za kierunek naszego popędu. Ale to jest tylko jedna z pewnych teorii. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że są tacy ludzie, którzy nie mają tej potrzeby. Tylko znowu pytanie, czy to faktycznie chodzi o zmiany hormonalne, uszkodzenie mózgu czy to są kwestie przeżyć, doświadczeń. Bo z hasłem „nie czuję pożądania, nie chcę” w swoim gabinecie spotkałam się nie raz. Tylko za tym zazwyczaj stała jakaś historia. Wydaje mi się to dyskusyjne.

W 1973 roku Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne wykreśliło ze spisu chorób homoseksualizm, a w konsekwencji także zrobiło to WHO. Czyli od tamtego czasu mamy jedność i jednoznaczność badawczą? Nie, nie do końca. Nie patrzymy na to oczywiście, jak na jednostkę chorobową, ale teorii jest bardzo wiele. Myślę, że to są rzeczy, które potrzebują wieloletnich, rzetelnych i pokoleniowych badań. Są tacy którzy potrzebują uprawiać seks więcej niż raz dziennie, ale i tacy którzy potrzebują raz w tygodniu, miesiącu albo raz w roku. Nie ma na to norm klinicznych, to jest zawsze norma indywidualna, albo statystyczna.

Ale często jest to napiętnowane. Szczególnie w przypadkach kiedy seks uprawiamy znacznie rzadziej niż „przeciętny”, statystyczny człowiek.
O takich osobach mówi się czasem jak o dziwakach. A to jest zawsze i bezdyskusyjnie kwestia tego, na ile to jest moje poczucie, moja potrzeba, co z tego wynika dla związku, a nie bycie w statystyce. Z kolejnej strony popatrzmy, jeśli spotykamy i poznajemy człowieka, czy na potrzeby znajomości czy koleżeństwa musimy znać jego potrzebę seksualną, jego orientację. To tak jakby na pierwszym spotkaniu u znajomych poznać parę i dowiedzieć się na wstępie o ich ulubionej pozycji łóżkowej. To są sprawy intymne, nie trzeba z całym światem się tym dzielić, deklarować swojej seksualności w drugim zdaniu po przedstawieniu się. I proszę tego nie mylić z kwestią ujawniania swojej orientacji, w świecie, w którym brak nam tolerancji i akceptacji dla wszystkiego, co jest statystycznie inne. Bądźmy wyzwoleni, ale w jakiejś danej relacji, kontekście. Nie epatujmy ani naszym potężnym libido ani jego brakiem. Inaczej to czasem zakrawa na ekshibicjonizm. Dlatego jestem za powrotem dobrze rozumianego słowa intymność.

A czy aseksualizm to nie w dużej mierze obrona albo ucieczka przed zalewającą nas z każdej strony seksualnością? Mamy dość i tracimy zainteresowanie. Oczywiście nie mówię o tej grupie osób, która ma uwarunkowania biologiczne.
Wielce prawdopodobne. Mamy seksualizację przestrzeni społecznej. I jest to jedna z hipotez, bardzo słuszna - ucieczka, zaprzeczanie. Ale tak jak wcześniej mówiłam, to jest kwestia bardzo indywidualna. Znów zależy, i tu się powtórzę, co za tym stoi. Ktoś mówi, że czuje się z tym dobrze, dobrze funkcjonuje. Może jakiś lekarz doszukałby się np. zmian hormonalnych czy zmian w mózgu, ale ty funkcjonujesz fajnie, jesteś zadowolona - to ok. Inną sytuacją będzie jeśli to kwestia obrony czy ucieczki.

I tu trzeba sobie zadać parę egzystencjonalnych pytań. Bez gotowca. Możemy się odnieść do pewnych rzeczy, o których powiedziałam na początku: człowiek istota społeczna, człowiek istota seksualna. Taki mamy fundament i od niego wychodzimy. Czasem może być różnie, świat jest różnorodny. Pytanie, czy to jest w zgodzie z nami. Spełnijmy tylko i aż ten warunek. Nie opierajmy się na modzie czy trendach.

To też jest spore „ułatwienie”, jeśli zamkniemy się w jakiejś formułce. Załóżmy, że ktoś nie odczuwa zainteresowania seksem. Jeśli się zamknie w formułce „jestem aseksualny” ,to już do końca życia aseksualny może pozostać. W sporym uproszczeniu, nie będzie nad tym pracować. A jeśli ma do przepracowania pewne rzeczy, to można powiedzieć, że on jest na etapie, w którym nie odczuwa pociągu seksualnego. A tu należałoby się dokopać do przyczyn.
Dokładnie tak. W takiej sytuacji traktujemy siebie samych przedmiotowo i sztampowo. Mamy być podpięci do jakiegoś z góry narzuconego szablonu. Na wszystko ma być przepis i instrukcja. Nie mówię, że nam ludziom nie są potrzebne pewne ułatwienia, schematy, scenariusze. I że stosowanie ich jest zawsze złe. Tylko nasuwa mi się pytanie, czy to nam zawsze rzeczywiście ułatwia? Czy sami siebie nie stygmatyzujemy? To jak praca terapeutyczna z pacjentem, któremu postawiono diagnozę, a my go przyjmujemy i bezrefleksyjnie trzymamy się zapisanego rozpoznania. Czy to nam ułatwia dobrą i efektywną pracę? Według mnie - nie.