Za co można nie lubić Amerykanów

    Za co można nie lubić Amerykanów

    Kuba Olchowski

    Kurier Lubelski

    Kurier Lubelski

    Amerykanie mają wiele wad. Można nie lubić ich buty w kowbojskich butach, a nawet nienawidzić. Tym bardziej że są potęgą światową, zatem ich wpływy różnorakiego rodzaju sięgają, niestety - w epoce globalnego przepływu informacji - wartości i idei, wszędzie i bez przerwy.
    Można ich nie lubić za skrajną arogancję i równie skrajną ignorancję, którą jak były, już na szczęście, prezydent Bush, często poczytują sobie za zaletę. Można nie lubić bezdennie głupiej amerykańskiej kultury masowej, która zalewa świat, a gawiedź ją chłonie z otwartymi ustami. Podobnie jak obrzydliwe fast foody. Drażni też, że w polityce międzynarodowej Amerykanie zachowują się często jak podpity wyrostek na dyskotece. Kiedy patrzymy na ich parady, konwencje wyborcze, wszechobecność gwiaździstej flagi, może nam się to wydawać patetyczne i cokolwiek naiwnie infantylne.

    Ale oni naprawdę wierzą w swój kraj. Ten naród, który na dobrą sprawę uformował się dopiero kilkadziesiąt lat temu, jest zupełnie inny od europejskich narodów. Ich spaja właśnie ów gwiaździsty sztandar i konstytucja. Nas, w Europie, więzy krwi, historii, kultury, doświadczeń, czyli to, co zwykliśmy nazywać narodem. Oni w Dzień Niepodległości odpalają fajerwerki, rozpalają grilla i ogólnie panuje powszechna radocha. My sobie wypominamy, kto komu pięćset lat temu urżnął więcej głów na jakimś pobojowisku, kto komu i kiedy zabrał jakiś spłachetek ziemi celem np. dokonania tzw. czystki etnicznej. I ogólnie jest smutno, co najwyżej wszyscy są uroczyście nadęci.

    Amerykę zbudowali ci, którzy z różnych przyczyn nie mogli bądź nie chcieli zostać tam, gdzie się urodzili, i postanowili szukać lepszego świata. Wielce pouczające bywa wczytywanie się w rzędy nazwisk, pojawiające się w napisach końcowych dowolnego amerykańskiego filmu - uważny obserwator odnajdzie tam wszystkie narodowości świata. I czy nam się to podoba, czy nie, ta zbieranina emigrantów zbudowała coś unikalnego, innowacyjnego i bardzo dynamicznego.

    Aha, jest taki film sprzed dwudziestu paru lat: "Rewolucja". Bez rewelacji, ale pokazuje, kto, jak i po co zbudował Stany Zjednoczone. A pojawia się w nim między innymi geniusz kina - Al Pacino. A właściwie Alfredo Pacino, syn włoskich emigrantów.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    O tym się mówi

    Wideo